Nauka z Marką

Kursy i korepetycje od 1992 roku. 14 tysięcy uczniów.

Problemy z wyborem króla

Problemy z wyborem króla

Wybory w czerwcu, ostra polaryzacja polityczna wokół dwóch głównych kandydatów, wzajemne oskarżenia o manipulacje i nieuczciwość. To nie opis zbliżającej się kampanii prezydenckiej 2020 roku ale jednej z najdziwniejszych elekcji władcy w dziejach Rzeczpospolitej, w czerwcu 1669 roku.

Szlachta zebrała się tłumnie na polu elekcyjnym we wsi Wola na przedmieściach Warszawy po tym, jak poprzedni władca – Jan Kazimierz Waza – rok wcześniej abdykował i to dobrowolnie. Sytuacja w historii naszego kraju niespotykana ani wcześniej, ani później. Kiedy August II w 1706 roku, a Stanisław August Poniatowski w 1795 roku rezygnowali z polskiej korony, były to decyzje wymuszone sytuacją międzynarodową. W trakcie 20 lat rządów Jana Kazimierza w latach 1648-68 na Rzeczpospolitą i jej mieszkańców spadły wielkie nieszczęścia – powstanie kozackie Chmielnickiego na Ukrainie, wojna z Rosją, wojna ze Szwecją nazywana Potopem, wojna domowa, tzw. Rokosz Lubomirskiego, a po drodze epidemia dżumy i ciężki kryzys gospodarczy. Ludność kraju zmniejszyła się o 30%, a straty materialne i w dobrach kultury historycy porównują do sytuacji Polski po II wojnie światowej.

Król miał całkiem sensowny plan politycznych reform i wyprowadzenia kraju z ciężkiego kryzysu. Gorzej było z realizacją tych zamierzeń. Jan Kazimierz proponował ograniczenie liberum veto i tym samym usprawnienie obrad sejmu, zwiększenie dochodów państwa poprzez stałe podatki przeznaczone na liczniejszą armię oraz wybór nowego króla jeszcze za życia jego poprzednika, czyli tzw. elekcję vivente rege. W trakcie licznych wojen król miał okazję dowieść, że był dobrym wodzem, ale politykiem okazał się niestety raczej kiepskim. W tym, co robił, brakowało konsekwencji, był zmienny w nastrojach i najprawdopodobniej cierpiał na chorobę psychiczną, wtedy nieznaną, a obecnie nazywaną dwubiegunówką.


Jan II Kazimierz Waza

Politycznym i psychicznym wsparciem w rządzeniu była dla króla jego żona Francuzka Maria Ludwika Gonzaga. Kiedy zmarła w 1667 roku, całkowicie się załamał i poprosił sejm o zwolnienie go z królewskiej przysięgi. Na koniec bardzo rozczarowany tym, że szlachta nie chciała go wspierać w koniecznych reformach kraju, przypomniał  w sejmie swoja przepowiednię z 1661 roku, o tym, co czeka Rzeczpospolitą w przyszłości, jeżeli nie uda się opanować politycznej anarchii: „ Moskwa i Ruś odwołają się do jednego z nimi języka i Litwę dla siebie przeznaczą, granice Wielkopolski staną otworem dla Brandenburczyka, a przypuszczać należy, iż całe Prusy certować zechce […] wreszcie dom austriacki spoglądający łakomie na Kraków nie opuści dogodnej dla siebie sposobności i przy powszechnym rozrywaniu państwa, nie wstrzyma się od zaboru”. Prawie sto lat później przepowiednia się spełniła i w 1772 roku doszło do I rozbioru Rzeczpospolitej.

Król abdykował we wrześniu 1668 roku, a na czerwiec następnego roku sejm konwokacyjny, zgodnie z procedurą wolnej elekcji, ustalił datę wyboru nowego króla. Poczynając od 1573 roku szlachta już pięciokrotnie wybierała króla na wolnej elekcji, stopniowo doprecyzowując jej zasady. Po pierwsze elekcja miała być wolna, to znaczy mogli się zgłaszać kandydaci zarówno z kraju, jak i z zagranicy, arystokraci i zwykła szlachta. Był to więc taki otwarty konkurs na króla Rzeczpospolitej. W procesie wyboru nowego władcy mógł wziąć udział każdy szlachcic, który w wyznaczonym czasie pojawił się na polu elekcyjnym (to tzw. elekcja viritim). Były to więc wybory powszechne w ramach stanu szlacheckiego, chociaż największe miasta mogły na sejm elekcyjny wysłać swoje delegacje. Ostateczna decyzja miała zapaść jednomyślnie albo przynajmniej bez wyraźnego sprzeciwu. Szlachcic głosował na polu elekcyjnym w swoim „okręgu wyborczym”, czyli wśród sąsiadów z tego samego województwa. Dopiero potem zliczano głosy województw za poszczególnymi kandydatami. Senat, który pełnił rolę Centralnej Komisji Wyborczej, zliczał głosy z ponad 30 województw i próbował nakłonić te, które były w mniejszości, aby zgodziły się na wybór kandydata większości. Czasami to się udawało, czasami nie i wtedy dochodziło do sytuacji bardzo dla państwa niebezpiecznej, czyli podwójnej elekcji i wybuchu wojny domowej (tak zdarzyło się w roku 1576, 1588, 1697, 1733)


Fragment obrazu Bernarda Bellotto Elekcja Stanisława Augusta przedstawiający elekcję Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1764 na Woli,
widoczna szopa senatorska, koło rycerskie z chorągwiami województw

W 1669 roku na pole elekcyjne ściągnęło wyjątkowo dużo szlachty – około 90 tysięcy. Zdawano sobie sprawę z powagi sytuacji, w jakiej znalazł się kraj. Od tego, kto zostanie królem, w dużej mierze zależało, czy uda się przezwyciężyć dramatyczny kryzys polityczny. Kandydatów było kilku, zachwalanych przez swoich przedstawicieli, bo oni sami nie mogli pojawić się na polu elekcyjnym.

Partia francuska skupiona wokół dawnych doradców Jana Kazimierza proponowała Ludwika II Burbon Condi, nazywanego Kondeuszem, arystokratę, świetnego wodza i kuzyna króla Francji. Obok niego pojawiała się mniej popularna kandydatura Filipa Wilhelma Wittelsbacha księcia niewielkiego księstwa Neuburg (obecnie Bawaria). Na akcję wyborczą i kupowanie głosów dla swoich kandydatów Ludwik XIV przeznaczył ogromną kwotę 2,5 miliona liwrów. Partią francuską kierowali prymas Mikołaj Prażmowski, hetman wielki koronny Jan Sobieski oraz podskarbi i poeta w jednej osobie Jan Andrzej Morsztyn. Naprzeciwko partii francuskiej stała partia habsburska (austriacka) popierająca również dobrego wodza i sprawnego polityka księcia Lotaryngii Karola V. Tutaj aktywni byli dwaj duchowni – biskup chełmiński Andrzej Olszowski oraz biskup krakowski Andrzej Trzebicki. Ich fundusz wyborczy zasilały pieniądze przesyłane z Wiednia. We wstępnej rozgrywce liczyły się także kandydatury cara Rosji Aleksego Michajłowicza oraz księcia Yorku Jakuba Stuarta, który w 1685 roku zasiadł na tronie Anglii. Jednak ci kandydaci nie byli gotowi w pełni zaangażować się w walkę wyborczą i wydać na to odpowiednio duże pieniądze.


Prymas Mikołaj Jan Prażmowski

W trakcie ostrych sporów toczących się na polu elekcyjnym kilkanaście polskich i litewskich rodzin magnackich podzieliło się na dwie grupy – tych, którzy chcieli „Kondeusza” i tych, którzy szli za „Lotaryńczykiem”, zapominając trochę o tym, czego potrzebują masy szlachecki i jakie są nastroje wśród biednej i średniozamożnej szlachty. A ten rozdźwięk między elitami Rzeczpospolitej i większością szlachty od dawna był bardzo wyraźny. Magnateria chciała na króla kogoś z zagranicy, a w „ludzie szlacheckim” dominowały nastroje wrogości wobec ludzi obcych narodowościowo i religijnie. Nie było w tym nic dziwnego, zważywszy, że przez ostatnich 20 lat przez kraj maszerowały, paląc wszystko i łupiąc, wojska szwedzkie, rosyjskie, brandenburskie, tatarskie, tureckie. Po tych krwawych wojnach wielu spośród szlachty straciło pozycję i majątki. Ci, którzy mieli 2-3 wsie, aby je odbudować, zapożyczali się u magnatów, biedota szlachecka wprost szła do nich na służbę jako klienci, dlatego mówiono o nich, że „czepiali się pańskiej klamki”. Frustracja więc narastała.


Król Jan III Sobieski

W trakcie elekcji magnaci obu partii dogrywali szczegóły finansowe, kto komu i ile zapłaci za zgodę na wybór konkurencyjnego kandydata. Wprawdzie przed rozpoczęciem elekcji wszyscy senatorowie musieli publicznie przysiąc, że nie zagłosują na kandydata, od którego przyjęli wcześniej pieniądze, ale w praktyce nikt się tym specjalnie nie przejmował. Biskup Olszowski kusił więc hetmana Sobieskiego, aby ten za odpowiednią gratyfikację finansową poparł „Lotaryńczyka”. Negocjacje się przedłużały, Sobieski podbijał stawkę, a Olszowski, dla zyskania na czasie, zainspirował na polu elekcyjnym dyskusję na temat wyboru kandydata wywodzącego się spośród miejscowej szlachty. Jak wtedy mówiono, aby głosować nie na cudzoziemca, ale na „Piasta”. Sugerował, że mógłby to być Michał Korybut Wiśniowiecki, syn bardzo wśród szlachty popularnego księcia Jeremiego Wiśniowieckiego.


Biskup Jan Olszowski

Dla Olszowskiego była to taka kandydatura zastępcza, tymczasowa, która jednak, ku jego zaskoczeniu, spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem dużej części szlachty. Podchwycili ten pomysł szlacheccy populiści, bezkrytyczni obrońcy przywilejów szlacheckich i „złotej wolności” – Marcin Dębicki, Jan Pieniążek i Mikołaj Pękosławski. Z ich perspektywy Michał Korybut Wiśniowiecki był świetnym kandydatem na króla. Zubożały magnat bez własnego zaplecza politycznego, przy tym bardzo pobożny katolik, raczej nie miałby siły, aby ograniczać przywileje szlacheckie i wzmacniać władzę królewską. Magnateria obu partii – francuskiej i habsburskiej ignorowała głosy szlachty za „Piastem”, przedłużano obrady sejmu, aż doszło do gorszących scen, opisanych przez jednego z uczestników elekcji – Jana Chryzostoma Paska. Zniecierpliwiona szlachta zbliżyła się do miejsca obrad senatu. Zaczęto wznosić groźne okrzyki i strzelać w stronę senatorów i dostojników państwowych.” Kiedy to poczną ognia dawać: senatorowie z miejsc w nogi, między karety, pod krzesła; rozruch, tumult. Zaraz insze chorągwie skoczyły z drugą stronę piechotę potrącać, deptać; piechota w rozsypkę. Obstąpiono z wszystkich stron koło. Kiedy to poczęto pogróżki prawić: „Zdrajcy! wytniemy was, nie wypuścimy was stąd; darmo mieszacie Rzeczypospolitą; inszych senatorów postanowimy, z naszego grona sobie króla obierzemy, jakiego nam P. Bóg poda do serca”. Tak ci skończyła się owa sessyja tragicznym widowiskiem. Starszyzna przecie powyjmowali każdy swoich; obróciły się chorągwie w pole, a panowie biskupowie, senatorowie powyłazili spod krzeseł, spod karet, wpół ledwie żywi, i pojechali do gospód, drudzy też, co w polu stali, do namiotów” (Jan Chryzostom Pasek, Pamiętniki,). W chaotycznej strzelaninie kilka przypadkowych osób zostało zabitych i rannych, na szczęście żaden z senatorów nie stracił życia.

Dwa dni później, 19 czerwca 1669 roku, kiedy odbyło się końcowe głosowanie, większość województw była za królem-rodakiem. Jeszcze przez chwilę cieszył się popularnością Aleksander Polanowski, dzielny oficer husarii i towarzysz broni Stefana Czarnieckiego. Ostatecznie zadecydowały głosy szlachty sandomierskiej i krakowskiej i zaczęto już powszechnie wznosić okrzyki ” Niech żyje król Michał „. Senat uległ presji szlachty i zgodził się na jego wybór. Jak pisze Pasek w swoich pamiętnikach, sam Wiśniowiecki był kompletnie zaskoczony tym, co go spotkało. Przybył na sejm jako zwykły poseł ziemi sandomierskiej, a opuszczał go jako nowy król Rzeczpospolitej. Kiedy to ogłoszono, jak pisał Pasek:” pokorniusieńki skurczył się i nic nie mówi”, ale koronę przyjął.

Miał wtedy 29 lat i niewielkie kwalifikacje do rządzenia państwem od wielu lat wstrząsanym wojnami i wewnętrznymi konfliktami. Jego głównym atutem było to, że miał sławnego ojca, który co prawda zmarł w 1651 roku, ale jego legenda była cały czas żywa. Pamiętano, że na początku walk z Kozakami i zbuntowanym chłopstwem w 1648 roku to on bronił kresową szlachtę, duchowieństwo i Żydów przed niechybną śmiercią. Jego postać uwiecznił w polskiej tradycji i literaturze Henryk Sienkiewicz w „Ogniem i mieczem”. Michał był jedynym synem Jeremiego i w kwestiach politycznych i wojskowych był jego przeciwieństwem. Słabo jeździł konno i raczej unikał wysiłku fizycznego. Nie miał też nic z królewskiego dostojeństwa i charyzmy ojca. Dosyć niski, tęgi, szybko wyłysiał i, aby skryć defekty swojej urody, nosił wielkie peruki na wzór francuski. Dzięki studiom na zachodzie nauczył się dosyć dobrze kilku języków, ale miał przeciętne zdolności. Studia zagraniczne sfinansował mu król Jan Kazimierz i bogaty wuj Jan Sobiepan Zamoyski, bo mimo książęcego pochodzenia rodzina nie miała na to funduszy. Po wojnach kozackich utraciła większość swych wielkich dóbr ziemskich na Ukrainie. Na szczęście jego matka, z którą był bardzo emocjonalnie związany, Gryzelda Zamoyska, mogła liczyć na pomoc bogatych krewnych.


Król Michał Korybut Wiśniowiecki

Michał Korybut Wiśniowiecki panował tylko 4,5 roku i nie był to dobry czas dla szlacheckiego państwa. Konflikty wewnętrzne nie tylko nie wygasły, ale jeszcze się nasiliły. Magnateria, zwłaszcza ta z partii francuskiej, poczuła się do głębi upokorzona wyborem na króla kogoś takiego jak Wiśniowiecki. Hetman Sobieski w prywatnych rozmowach nazywał go małpą i było to w jego ustach jedno z łagodniejszych określeń panującego władcy. Przeciwnicy króla nazywali siebie „malkontentami” i robili, co w ich mocy, aby mu utrudnić rządzenie i uprzykrzyć życie. Mowa nienawiści, fake newsy, hate, czarny PR to współczesne określenia zjawisk znanych od dawna. Jak to wtedy wyglądało? Przywódcy opozycji ośmieszali króla na wiele sposobów, rozsiewając różne plotki, pomówienia, których było tak wiele, że często te opowieści wzajemnie sobie przeczyły. Pomawiano go jednocześnie o zdradzanie żony z innymi kobietami, homoseksualizm i impotencję. Kiedy poseł pruski Piotr Stoma zapytał prymasa Prażmowskiego, jak to wszystko ze sobą pogodzić, ten wyjaśnił, że romans króla z kochanką ma charakter bierny. Kiedy królowa Eleonora poroniła, sugerowano z kolei, że ciąża była urojona lub sfingowana. Zarzucano królowi lenistwo, a przede wszystkim obżarstwo. Kiedy zmarł, powtarzano plotkę, że to z przejedzenia i łakomstwa, bo w ciągu jednego wieczora zjadł ponoć 1000 jabłek.


Królowa Eleonora Habsburżanka Wiśniowiecka

Malkontenci, kiedy tylko uznali, że to jest dla nich korzystne politycznie, zrywali też sejmy. W czerwcu 1672 roku chcieli zmusić Wiśniowieckiego do abdykacji na rzecz siostrzeńca Kondeusza, francuskiego hrabiego Karola de Longueville. Król się bronił, wykazując niespotykaną jak na niego energię i zwołał pospolite ruszenie, które zdecydowanie stanęło po jego stronie. Szlachta zawiązała w miejscowości Gołąb konfederację pod hasłami ukarania malkontentów i wspierania króla. Hetman Sobieski w obawie o swoje życie i majątki odwołał się z kolei do armii koronnej, która zawiązała własną konfederację w Szczebrzeszynie. Kraj stanął na skraju wojny domowej. Jakby tego było mało, w lipcu 1672 roku granice Rzeczpospolitej przekroczyła stutysięczna armia turecka i uderzyła na niezdobytą dotąd twierdzę – Kamieniec Podolski, bronioną przez załogę liczącą zaledwie 1100 żołnierzy. Król i hetman – zajęci w Warszawie swoimi politycznymi walkami na śmierć i życie – nie byli w stanie udzielić załodze twierdzy liczącej się pomocy. Po dwóch tygodniach dzielnej obrony Kamieniec musiał się poddać. Wydarzenia te są kanwą „Pana Wołodyjowskiego”, trzeciej części sienkiewiczowskiej opowieści. To nie był jednak kres upokorzeń Rzeczpospolitej. Wiśniowiecki, wobec braku pieniędzy i wojska, zgodził się na podpisanie w Buczaczu (październik 1672 roku) prawdziwie haniebnego traktatu z Turcją, w którym godził się na płacenia sułtanowi corocznej daniny. Na wiele lat Turcy zajęli Podole i południową Ukrainę.


Zamek w Kamieńcu Podolskim (zdjęcie współczesne)

Dopiero żałosne konsekwencje sporów wewnętrznych podziałały otrzeźwiająco na obie strony. Na początku 1673 roku rozpoczęto rozmowy pojednawcze, coś na kształt rozmów „okrągłego stołu”. W roli pośredników wystąpili nuncjusz papieski, biskup Trzebicki, lubiana przez wszystkich królowa Eleonora. Tym razem na sejmie udało się uchwalić podatki na zaciąg 40 tysięcy żołnierzy, których hetman Sobieski poprowadził pod Chocim. Zgoda narodowa, wprawdzie krótkotrwała, dała niesamowite efekty. Ramię w ramię walczyli niedawni zażarci wrogowie polityczni, skutecznie dowodzeni przez Sobieskiego. 11 listopada 1673 roku armia Rzeczpospolitej zdobyła warowny obóz wojsk tureckich pod Chocimiem, doprowadzając do jednego z największych sukcesów polskiego oręża.

Król Michał Korybut Wiśniowiecki nie dożył tej radosnej chwili, dzień wcześniej umarł w wieku zaledwie 33 lat. Krążyły plotki, że został otruty, ale lekarze szybko przeprowadzili sekcję zwłok i określili przyczynę zgonu – było nią pęknięcie wrzodu w przewodzie pokarmowym.

Kilka miesięcy wcześniej umiera też prymas Prażmowski, zaciekły wróg polityczny króla i jeden z przywódców malkontentów. Ułatwia to chociaż na chwilę wyciszenie dawnych sporów. Elekcja nowego króla Jana III Sobieskiego w 1674 roku, opromienionego sławą zwycięzcy spod Chocimia, będzie już dużo spokojniejsza. Teraz Sobieski przez ponad 20 lat (1674-1696) swojego panowania będzie się mierzył z tymi samymi problemami, co jego poprzednicy – zrywaniem sejmów, spiskami magnaterii, brakiem pieniędzy na wojsko. Jak kiedyś Wiśniowiecki, teraz on stanie się obiektem niewybrednych ataków personalnych, oszczerczych pamfletów i satyr. W 1696 roku jego wielkie siły fizyczne i niespożyty dotąd entuzjazm wyczerpią się ostatecznie w politycznej szamotaninie. Umrze, tak jak jego poprzednicy, zniechęcony do świata i ludzi. Bycie królem Rzeczpospolitej o uprawnieniach dożywotniego prezydenta, to naprawdę nie był łatwy kawałek chleba.

Wolne elekcje były dla szlachty powodem do wielkiej dumy, natomiast dla państwa źródłem nieustannych problemów. Powodem do dumy, bo w żadnym europejskim państwie nie zdarzyło się, by grupa 200 czy 300 tysięcy ludzi mogła z pełnym przekonaniem powiedzieć o sobie, iż czuje się bardziej obywatelami niż poddanymi królewskimi. To oni jako zbiorowość decydowali o tym, co się w tym państwie działo. Jednak formuła otwartego konkursu na króla, przy słabości instytucji państwa szlacheckiego, dawała mnóstwo okazji do manipulacji, a na końcu do brutalnych wojskowych interwencji. Ostatni czterej królowie elekcyjni – August II Sas, Stanisław Leszczyński, August III Sas i Stanisław August Poniatowski zasiedli na tronie nie dlatego, że zyskali uznanie większości wyborców, ale po interwencji obcych wojsk.

Zresztą o tym, że wolne elekcje to świetna okazja do mieszania się w wewnętrzne sprawy Rzeczpospolitej wiedzieli nasi sąsiedzi już od XVII wieku. W czasach Sobieskiego zawarto porozumienia międzynarodowe mające na celu torpedowanie reform w Polsce, zwłaszcza prób ograniczenia wolnej elekcji. W 1675 roku takie porozumienie podpisały Rosja i Austria, a w 1686 roku Austria, Brandenburgia i Szwecja. Ambasadorowie obcych państw mieli specjalne fundusze na podgrzewanie sporów politycznych i ostrych polemik wśród polskiej szlachty. W skłóconym społeczeństwie łatwiej było – oczywiście w imię dobra ojczyzny – namówić kogoś do życzliwej współpracy z ambasadą, a posła do zerwania sejmu. Wojny polsko-polskie jak widać mają u nas długa tradycję.

Lada dzień ruszy krótka, ale intensywna kampania prezydencka. Zastanawiam się przy tej okazji, jaka część wiadomości i komentarzy do nich krążących w Internecie jest inspirowanych przez ambasadę rosyjską, a może i amerykańską? Wzrośnie z pewnością temperatura sporów politycznych i światopoglądowych. Chciałbym wszystkim rodakom, którzy pójdą na wybory, zadedykować słowa Tadeusza Kościuszki, naczelnika powstania 1794 roku, wypowiedziane przez niego w przeddzień upadku szlacheckiej Rzeczpospolitej. Powiedział on wtedy, że jako naród dajemy się innym tak łatwo manipulować, rozgrywać przeciwko sobie, by na koniec uznać, że największym wrogiem Polaka jest drugi Polak.

Marek Urban