Wbrew narodowym uczuciom i pragnieniom o Polakach w Europie i na świecie nie zawsze mówiono i pisano dobrze i z szacunkiem. Przez cały XVIII i XIX wiek funkcjonowały na temat naszej nacji utrwalone stereotypy przedstawiające nas Polaków w złym świetle. W czasach, gdy ludzie nie podróżowali tak dużo jak teraz, bardzo ważne były opinie i wrażenia zawarte w relacjach podróżników, kupców i żołnierzy odwiedzających dany kraj. Ten wizerunek zbiorowy danej społeczności kształtowały w ogromnym stopniu wypowiedzi ludzi z kręgu władzy, a także ówczesnych celebrytów, czyli na przykład oświeceniowych pisarzy i filozofów, takich jak: Wolter, Diderot, d’Alembert.
Ten obraz szlacheckiej Polski był szczególnie odrażający w pruskiej literaturze i kulturze, przejęty później przez kulturę zjednoczonych Niemiec po 1870 roku, dodatkowo utrwalony w propagandzie Republiki Weimarskiej i III Rzeszy.
Propagandowy obraz Polaków zostawił swój ślad w języku potocznym Niemców w takich zbitkach pojęciowych jak:
- „Polnische Wirtschaft” – synonim bezmyślnej chaotycznej gospodarki;
- „Polnische Reichstag” – polski sejm jako synonim hałaśliwej, do niczego nie prowadzącej dyskusji;
- „Polnische Weichselzopf” – polski warkocz znad Wisły, czyli kołtun z niemytych i przetłuszczonych włosów na głowie, jako synonim brudu i braku higieny osobistej;
- „Polnische Wege” – polskie drogi – wąskie, wyboiste, źle oznakowane;
- „Polnische schweine” – polskie świnie jako przejaw dehumanizacji i pogardy w nieco innym kontekście – oznaczało dranie, łobuzy.
- Dla poniżenia Polaków Niemcy zwracali się do nich zwrotem Polacken – Polaczki, a nie neutralnym znaczeniowo Polen.
Poglądy Niemców na temat Polaków w dużej mierze ukształtowały wypowiedzi dwóch wybitnych pruskich polityków: króla Fryderyka II (1740-1786 r.) oraz kanclerza II Rzeszy w latach 1871 – 1890 Otto Bismarcka.
Król Fryderyk II był inicjatorem I rozbioru Rzeczpospolitej w 1772 roku, gdy Prusy zagarnęły dla siebie Pomorze Gdańskie i Warmię. Po tym wydarzeniu w liście do francuskiego pisarza i filozofa Jeana d’Alemberta usprawiedliwiał ten zabór polskich ziem stwierdzeniem, że Prusacy przynieśli tutaj prawdziwą cywilizację i porządek, bo polska szlachta jedyne co potrafi to się kłócić. Polacy to tacy barbarzyńcy i dzikusy, których Fryderyk II nazywa wprost „Irokezami Europy”. To porównanie miało być dla d’Alemberta zrozumiałe, bo akurat w tym czasie francuscy kolonizatorzy walczyli na terenie dzisiejszej Kanady z federacją kilku indiańskich plemion nazywanych umownie Irokezami. To porównanie nie było może z perspektywy pruskiej do końca adekwatne, bo ostatecznie Irokezi dzielnie walczyli, musieli wprawdzie opuścić swoje ziemie, ale nie dali się pokonać Francuzom.

Otto von Bismarck, fot. wikipedia.com
Fryderyk II opisywał Polaków jako ludzi niedojrzałych emocjonalnie, takie duże dzieci, którymi ktoś bardziej doświadczony i mądrzejszy powinien się zaopiekować. Złośliwie nazywał polskiego szlachcica ubranego w kolorowy kontusz – „Panem Kukuryku”, czyli kogucikiem gdaczącym i piejącym bez sensu.
W podobnym tonie o Polakach wypowiadał się Otto Bismarck. Mając do dyspozycji dobrze zorganizowany aparat niemieckiego państwa używał go przeciwko polskiej mniejszości na obszarze Pomorza, Wielkopolski i Śląska. Polityka germanizacji była dobrze zorganizowana i wielostronna, a istotnym jej elementem był pogląd o „cywilizacyjnej misji” Niemców wobec Polaków, którzy dla swojego dobra powinni przyjąć wyższą i bardziej wartościową kulturę i język niemiecki. Tożsamość polska była zdaniem Bismarcka zagrożeniem dla spoistości narodu niemieckiego. Słynny fragment listu kanclerza do jego siostry z roku 1861: „Bijcie Polaków tak długo, dopóki nie utracą wiary w sens życia: współczuję im ich sytuacji, ale jeśli chcemy przetrwać nie możemy zrobić nic innego jak tylko ich wytępić.” Przy czym Bismarck raczej tego „tępienia” nie rozumiał wprost jako mordowania polskiej mniejszości, ale zmianę jej świadomości narodowej.

Fryderyk II Wielki na obrazie szwajcarskiego malarza Antona Graffa (1781),
fot. wikipedia.com
W innej swojej opinii zwrócił uwagę na pewien rys polskiego charakteru narodowego” „Polacy są poetami w polityce i politykami z poezji”. Sam jako zwolennik tzw. „Realpolitik”, czyli polityki do bólu pragmatycznej i cynicznej uważał to oczywiście za zarzut i przyczynę przegranych przez Polaków kolejnych powstań.
W innych kulturach i językach europejskich także były obecne negatywne stereotypy dotyczące naszej nacji, ale nigdy w takim nasyceniu, jak w języku niemieckim. Dla przykładu w języku francuskim jest takie porównanie – pijany jak Polak – traktowane z przymrużeniem oka, a nawet odrobiną podziwu, ile ci Polacy potrafią wypić;-)
W języku rosyjskim z kolei żywe było powiedzenie „polskie pany” oznaczające, że rosyjskojęzyczni i prawosławni chłopi przez pokolenia byli bezwzględnie wyzyskiwani i prześladowani przez katolickich polskich panów – szlachtę – na dawnych kresach Rzeczpospolitej. Ten stereotyp dodatkowo wzmacniała obecna w języku polskim powszechna formuła grzecznościowa zwracania się do siebie na Pan i Pani, nieobecna w języku rosyjskim czy ukraińskim. „Polskie pany” w domyśle to ludzie dumni, zarozumiali i nieprzystępni, patrzący z wyższością na swych braci Słowian ze Wschodu.
Jeżeli chodzi o naszych sąsiadów z Południa: Czechów i Słowaków, z którymi obecnie relacje są bardzo przyjazne, to w latach 1919-1939 były bardzo chłodne. Pokłóciliśmy się o przebieg granicy na Śląsku Cieszyńskich i o Zaolzie, ale Czesi i Słowacy patrzyli na nas tak, jak tego sobie życzył uwielbiany przez nich prezydent odrodzonej w 1918 roku Czechosłowacji, Tomasz Masaryk. Był najdłużej urzędującym w tym kraju prezydentem, człowiekiem wielkiej kultury i wrażliwości społecznej. Po początkowym zachwycie Polakami i kulturą polską pod koniec XIX w całkowicie zmienił zdanie. Zarzucał nam, podobnie jak Rosjanie, że mamy wysokie mniemanie o sobie, często bez racjonalnych przesłanek, obawiał się polskiego agresywnego nacjonalizmu i fanatycznego katolicyzmu. W jednym z wywiadów miał powiedzieć, że „Polacy, to tacy Rosjanie udający Francuzów”, z którymi bardzo trudno zawierać trwałe sojusze. Przyjmował niemiecki punkt widzenia, że II RP to państwo, które nie ma przyszłości i wcześniej czy później musi upaść pod naciskiem swoich sąsiadów Rosjan i Niemców. Pod jego wpływem rząd czechosłowacki nie zezwolił w 1920 roku na transport broni przez swoje terytorium dla polskiej armii walczącej z bolszewikami.
Zważywszy na ogromny szacunek jakim w swoim kraju cieszył się prezydent Masaryk tak negatywne jego zdanie o Polsce szalenie utrudniało budowanie dobrych relacji między naszymi krajami w obliczu wspólnego zagrożenia ze strony III Rzeszy.
Warto może jeszcze wspomnieć o zjawisku „Polish jokes” w Stanach Zjednoczonych po II wojnie światowej. Dosyć prymitywne dowcipy i historyjki przedstawiały Polaków zawsze jako głupków, ludzi nierozgarniętych czy pijanych. Opowiadano je sobie prywatnie na spotkaniach towarzyskich, były obecne w programach kabaretowych i w filmach rozrywkowych lat 50-tych i 60-tych. „Polish jokes” były naprawdę bardzo popularne. Dlaczego akurat Polacy w USA i Kanadzie stali się bohaterami takich niewybrednych żartów i kpin? Czy było to zjawisko spontaniczne czy zorganizowane? Najprawdopodobniej inspiratorami i autorami pierwszych żartów byli Niemcy, który przybyli do USA po 1945 roku z terenów włączonych do Polski po zmianie granic – Pomorza, Wielkopolski, Śląska, Prus Wschodnich. Żal i pretensje do Polaków, którzy zabrali im ojczyste ziemie kompensowali sobie w taki niewybredny sposób. Przy okazji świadomie czy nie, powielali negatywne stereotypy o Polakach jeszcze z okresu germanizacji, propagandy Republiki Weimarskiej i III Rzeszy.
Może najmniej irytujące i dla nas przykre są pytania od osób, które nigdy w Polsce nie były i niewiele o nas wiedzą o to, czy to prawda, że w Polsce jest bardzo zimno i białe niedźwiedzie chodzą po ulicach… ? Nieporozumienie bierze się z pobieżnego rozumienia nazwy naszego kraju w języku angielskim Poland – gdy the Pole oznacza biegun polarny – czyli Polska jako zimny kraj podbiegunowy. A niedźwiedzie nie chodzą jak wiadomo po polskich ulicach. Teraz to już raczej dziki…!
Negatywne stereotypy i opinie o innych grupach etnicznych, aby były trwałe muszą mieć jednak jakieś zakorzenienie w rzeczywistości. Dla przybyszy z zachodniej Europy odwiedzających w XVIII wieku Rzeczpospolitą jawiła się ona jako kraj przedziwny, o ustroju i kulturze nie mającym odniesień w innych częściach Europy. Niezależnie od nacji podróżnicy w swoich relacjach z ówczesnej Polski nie są w stanie pojąć jak to jest możliwe, że jeden poseł swoim głosem sprzeciwu może zablokować pracę całego sejmu. Dlaczego Polacy bardziej ufają opatrzności bożej i Matce Boskiej, którą w 1717 roku oficjalnie koronowali na Królową Polski, niż dobrze wyćwiczonej i licznej armii. W tym czasie przecież samych zakonników jest 18 tysięcy, a regularnego wojska 12 tysięcy. Szlachta płaci niewielkie podatki, a chłopi pańszczyźniani, którzy na nich pracują żyją w strasznych warunkach, bez większej nadziei na poprawę swojego losu. Te dysproporcje majątkowe były gigantyczne.
Te obserwacje i wrażenie pochodziły od osób w sumie życzliwych Polakom, bo w innych fragmentach tych wspomnień były też miłe słowa o urodzie polskich kobiet szlachcianek, życzliwości i gościnności gospodarzy, zaletach polskiej kuchni. Szczególne zachwyty budził polski chłop i kawa podawana z dodatkiem gęstej słodkiej śmietany.
Kiedy to się zaczęło? Kiedy drogi rozwoju cywilizacyjnego Europy Zachodniej i Rzeczpospolitej Obojga Narodów definitywnie się rozjechały? Można tutaj podać trzy takie momenty przełomowe i wydarzenia roku 1569, 1648 oraz 1724.
W XV i XVI wieku Królestwo Polskie jeszcze przed zawarciem unii z Wielkim Księstwem Litewskim w Lublinie w 1569 roku rozwijało się w podobnym tempie jak kraje Europy Zachodniej. Po zawarciu unii w 1569 roku do Królestwa Polskiego zostały inkorporowane tereny dzisiejszej Ukrainy, słabo zaludnione ale o urodzajnych ziemiach. Przed królem Zygmuntem III Wazą i sejmem pojawiło się istotne pytanie, kto ma zorganizować kolonizację tych ziem i zebrać tego owoce – państwo czy rody magnackie?
Król Zygmunt III Waza (1588r-1632 r ) oddał inicjatywę polityczną i gospodarczą w ręce kilkunastu rodów magnackich – Potockich, Lubomirskich, Wiśniowieckich czy Zamoyskich. To oni na ówczesnych kresach Rzeczpospolitej stworzyli dla siebie udzielne latyfundia i mini państewka, gdzie władza królewska była tylko nominalna. Te kilkanaście rodów magnackich stanowiących 0,2 % mieszkańców Rzeczpospolitej kontrolowało króla, manipulowało średnią szlachtą i całkowicie uzależniło od siebie ekonomicznie szlachtę biedną i szlachtę bez majątku, nazywaną gołotą, żyjącą na ich łaskawym pańskim chlebie.
W drugiej połowie XVII wieku ustrój nominalnie demokratyczny stał się ustrojem oligarchicznym. Elita rządząca nie była specjalnie zainteresowana wzmacnianiem władzy królewskiej, wprowadzaniem profesjonalnej administracji i wyższymi podatkami na armię.
Drugą ważna datą jest rok 1648. W Europie kończy się niezwykle niszcząca wojna 30 letnia (1618 – 1648), która w niektórych częściach Rzeszy była co do skutków porównywana z późniejszą II wojną światową. Zniszczone miasta, tysiące ofiar, pola leżące odłogiem. Jednak władcy europejscy wykorzystali ten kryzys do centralizacji władzy i stopniowego zdobycia przewagi nad szlachtą i kościołem katolickim. Tworzą zręby monarchii absolutnej z władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą w rękach suwerena, którym jest król. Monarchia absolutna zabiera oczywiście sporo wolności ludziom elit, ale daje w zamian większe bezpieczeństwo i wyższy poziom rozwoju gospodarczego. Władcy monarchii absolutnych w tym duchu oświeceniowym mieli ambicje modernizacji swoich krajów. Chcieli aby państwa, którymi rządzą były silne co wtedy oznaczało wielotysięczną armią, dodatni bilans handlowy z zagranicą, dobrą infrastrukturę drogową dla obniżenia kosztów transportu i większej konkurencyjności własnych towarów na eksport. Elementem modernizacji kraju było też zakładanie szkół ludowych, tak aby chłopi nie byli analfabetami czy też szczepienia na ospę. W takich krajach jak Prusy, Austria, Saksonia, Francja zamieniano chłopom pańszczyznę na umowy czynszowe czy dzierżawne.
Te zmiany nie dotyczyły Rzeczpospolitej, która jako jedno z nielicznych państw europejskich pozostała neutralna w wojnie 30-letniej. Rok 1648 był zarazem końcem wojny wielkiej wojny w Europie jak i początkiem końca złotego wieku potęgi i dobrobytu Rzeczpospolitej. Dla Rzeczpospolitej zaczyna się bowiem okres krwawego ćwierćwiecza do 1673 roku, gdy nie było roku spokoju. Najpierw wielkie powstanie kozackie Chmielnickiego na Ukrainie, potem wojny z Rosją, Szwecją, Siedmiogrodem, Turcją, a na końcu wojna domowa , tzw. rokosz Lubomirskiego, epidemia dżumy i ciężki kryzys ekonomiczny. W wyniku tego ciągu zdarzeń ubyło 40% ludności Rzeczpospolitej, 70 % budynków zostało uszkodzonych lub zniszczonych. Jednak jeszcze gorszy od tych wielkich strat materialnych, porównywalnych do sytuacji w Europie po wojnie 30-letniej, był kryzys polityczny i decyzyjny.
Szlachta zdecydowanie odrzuciła pomysł wprowadzenia jakiejś formy monarchii absolutnej z jego programem modernizacyjnym nie mając jednak niczego w zamian. Elity rządzące, głównie magnateria, zdecydowały się ostatecznie zakonserwować system „republiki szlacheckiej”, separować się od „zachodnich nowinek” ustrojowych i obyczajowych, w samozadowoleniu i zachwycie dla swojego unikalnego państwa.
Jego instytucje nadal działały , ale można powiedzieć, że przeszły w stan „wegetatywny”, bez możliwości prowadzenia aktywnej polityki wewnętrznej czy zagranicznej. To wtedy – w II połowie XVII wieku – świat nam odjechał.
„Sprawa toruńska” z 1724 roku to trzecie wydarzenie, które mało znane w Polsce na wiele lat było punktem odniesienia dla formułowania negatywnych opinii o Polakach w Europie, głównie w krajach protestanckich: Prusach, Holandii czy Wielkiej Brytanii. Zdarzenie to z pozoru banalne i lokalne nabrało w pewnym momencie takiej dynamiki, że doszło do potężnego kryzysu w stosunkach z Prusami i Rosją i groźby wojny. W protestanckim w większości Toruniu katolicy stanowili mniejszość i to tej biedniejszej ludności miasta. Co jakiś czas dochodziło do większych czy mniejszych konfliktów, jednak wydarzenia z 16 lipca 1724 roku wymknęły się spod kontroli.

Kat obcinający dłonie skazanym innowiercom za udział w tumulcie toruńskim, ok. 1880,
fot. turystyka.torun.pl
W mieście funkcjonowały dwie szkoły: protestanckie Gimnazjum Akademickie i katolickie Kolegium Jezuickie. Miedzy uczniami z tych szkół doszło do sprzeczki. Kiedy na cmentarzu przy kościele św. Jakuba szła procesja z Najświętszym Sakramentem uczeń kolegium jezuickiego chciał wymusić na uczniach Gimnazjum Akademickiego, aby dla okazania szacunku dla misterium eucharystii zdjęli czapki. Gdy nie chcieli tego zrobić doszło między nimi do szarpaniny. Drobna sprzeczka młodych ludzi następnego dnia przerodziła się w wielką awanturę, kiedy tłum młodzieży protestanckiej i zwykłych gapiów wdarł się do budynku kolegium jezuickiego i doszło do jego zdemolowania. Ucierpiała figura Najświętszej Marii Panny i jej obraz. Jezuici domagali się nie tylko odszkodowania za poniesione straty, ale i przykładnego ukarania inspiratorów i sprawców profanacji obrazu Matki Boskiej. Sprawa trafiła przed sąd królewski a ten wydał niezwykle surowy wyrok. Na ścięcie zostali skazani burmistrz miasta Torunia, niektórzy rajcy i uczestnicy zajść – w sumie 14 osób. Tym, którym zarzucono niszczenie obrazu matki Boskiej przed egzekucją obcięto dłonie.
Taki surowy wyrok był jak najbardziej akceptowany przez polską katolicką szlachtę, bo zniszczenie wizerunku Matki Boskiej uznawano za zamach na Królową Polski, koronowaną przecież kilka lat wcześniej na Jasnej Górze w 1717 roku.
Wiek XVIII to czas największej dewocji związanej z kultem maryjnym. Katolicy w Rzeczpospolitej pielgrzymowali nie tylko na Jasną Górę, ale i do 400 pomniejszych sanktuariów kultu maryjnego, wszędzie tam licząc na odpusty. Szlachta zdecydowanie opowiedziała się w tym sporze za jezuitami, bo był to zakon niezwykle popularny wśród młodzieży szlacheckiej, która u nich pobierała swoje nauki.
Dla protestantów, którzy od czasów reformacji i wystąpienia Marcina Lutra w ogóle odrzucali kult maryjny, to co się wydarzyło w Toruniu, a zwłaszcza ścięcie burmistrza miasta było czymś strasznym i kompletnie niezrozumiałym. Tysiące pism i broszur ulotnych przedstawiały polską szlachtę jako religijnych fanatyków, a Rzeczpospolitą jako kraj nietolerancji i przemocy.
Z tych wielu elementów z jakich składał się ten mało sympatyczny obraz Polaka kluczowe wydaje się mi jednak pojęcie „Polnische Wirtschaft”. Jak wspominałem tłumaczone jako polska ekonomia i gospodarka na poziomie kraju, chaotyczna i źle pomyślana. Słowo wirtschaft ma jednak drugie znaczenie, po prostu w wymiarze lokalnym to gospoda, karczma, zajazd. I tutaj muszę trochę więcej powiedzieć o fenomenie polskiej karczmy w XVIII wieku i co się z tym bezpośrednio wiąże stanem polskich dróg w tym czasie.
Państwo szlacheckie generalnie nie inwestowało w infrastrukturę drogową, przeznaczając większość zebranych podatków na wojsko, które i tak było liczenie niewielkie. Owszem, zdarzały się całkiem dobre odcinki dróg i zbudowane mosty przez rzeki, ale o ile przebiegały przez grunty prywatne. Wtedy jednak taki prywatny inwestor pobierał od podróżnych myto, czyli opłatę za przejazd. Drogi, nawet te łączące główne miasta Rzeczpospolitej, były gruntowe, nieutwardzone przez co wiosną i jesienią tonęły w błocie, a latem w tumanach kurzu. Najlepiej więc było podróżować przez ziemie Rzeczpospolitej saniami, gdy była śnieżna i mroźna zima. Na drodze nie było też praktycznie żadnych oznaczeń czy drogowskazów.

Polskie drogi – motyw chętnie wykorzystywany w propagandzie III Rzeszy na temat zacofania Polski (1940 r.),
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Kiedy zmęczeni podróżni chcieli w końcu odpocząć po tak wyczerpującej eskapadzie, zatrzymywali się w przydrożnej karczmie, nazywanej Austerią. Jej gospodarz, zwykle Żyd, często mógł zaproponować nocleg w izbie na twardej ławie, bez żadnej pościeli czy też w lepszej wersji spanie na podłodze na snopku słomy. Takie niewygody czekały zwykle na podróżnych cudzoziemców, bo miejscowi doskonale wiedzieli, że w dłuższą podróż należało ze sobą na wszelki wypadek zabierać nie tylko własne łóżko, pościel, zastawę stołową, ale i zapasy żywności.
Poza tym szlachcic, a tym bardziej magnat bardzo rzadko korzystał z wątpliwej gościny w karczmie – zajeździe, bo bez problemu mógł zatrzymać się na noc u swojego bliższego czy dalszego krewniaka, a ten z pewnością go przyjął, bo wiadomo „gość w dom, Bóg w dom”.
Cudzoziemcy, także ci z Prus, byli zwykle skazani na nocleg w karczmie, często w niezwykle prymitywnych warunkach, bo Żyd arendarz nie chciał inwestować w lepszy standard noclegu i dobre jedzenie, skoro jego klientelą byli zwykle ludzie biedni i prości. A ci akurat byli przyzwyczajeni do niewygód. Dla tego ta polska karczma z brudnymi często podłogami i naczyniami, pełna pijanych i hałaśliwych gości, gdzie trzeba było z konieczności nocować na wiązce siana, była takim szokiem cywilizacyjnym dla przybyszy z ówczesnych Niemiec, że uznawali to za kwintesencję całego państwa szlacheckiego – „Polnische Wirtschaft”.
„Polskie drogi”, jako synonim fatalnej infrastruktury komunikacyjnej było bardzo ciężko przezwyciężyć następnym pokoleniom. Dopiero w latach 1823-1825 w czasach Królestwa Polskiego z funduszy publicznych udało się polskiemu rządowi sfinansować budowę „pierwszej polskiej autostrady” – faktycznie zaś – drogi utwardzonej kamieniami, ale bardzo wtedy nowoczesnej, łączącej Warszawę z Brześciem przez Siedlce i Terespol. Droga brzeska miała 200 km i technicznie jej budowa była dużym osiągnięciem. Dla uświetnienia tej inwestycji na jej początku w Warszawie i na końcu w Terespolu postawiono żeliwne obeliski na chwałę budowniczych.

Pomnik Budowy Szosy Brzeskiej
w Warszawie,
fot. wikipedia.com
Te zapóźnienia drogowe były dalej bardzo widoczne w II RP. Tuż przed wybuchem II wojny światowej na w sumie 63 tys. km dróg utwardzonych w kraju, tylko 3 tys. było w pełni przystosowanych do ruchu samochodowego.

Obelisk w Terespolu,
fot. wikipedia.com
Od czasu politycznych zmian w 1989 roku, a w ich konsekwencji przyjęcia Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku minęło raptem 25-30 lat. W życiu człowieka to sporo, ale z perspektywy historycznej to zaledwie krótka chwila. Kiedy jesteśmy w środku pewnych zdarzeń nie mamy właśnie tej perspektywy spojrzenia i potrzebnego dystansu, aby w pełni zrozumieć wagę różnych wydarzeń. Wchodziliśmy w ten nowy okres po 1989 roku bardzo poturbowani psychicznie, biedni, ale z dużymi jednak nadziejami na zmiany. Dla nas Polaków bilans jest zaskakująco pozytywny, przynajmniej w sferze ekonomicznej i wizerunkowej.
W ciągu 30 lat trzykrotnie wzrósł nasz dochód od narodowy, który w przeliczeniu na dolary w 1989 roku wynosił 67 mld, a w 2025 roku 1 bln dolarów, co daje nam 20 miejsce wśród gospodarek świata. Przez te 30 lat polska gospodarka skoczyła na tę pozycję z 35 miejsca w 1989 roku. Skrócił się też dystans dzielący poziom życia społeczeństwa polskiego i niemieckiego.
W 1989 roku polskie PKB stanowiło 36 % PKB niemieckiego – teraz to już 70%. Polacy żyją obecnie dłużej i w lepszym zdrowiu niż w 1989 roku. Wtedy średnia życia mężczyzny to było 68 lat, w 2025 roku to 75 lat, dla kobiet wtedy 76 lat, obecnie 82 lata. To wynik lepszej diety, wyższego poziomu służby zdrowia i czystszego powietrza, którym oddychamy.
A jak w tych nowych warunkach gospodarczych i politycznych mają się negatywne stereotypy o naszej nacji?
Polacy jako zbiorowość zrobili przez te lata naprawdę dużo, aby te stereotypy zmienić, a swoim wrogom nie dawać „paliwa” do ich podgrzewania. Taką nową jakością w wymiarze politycznym były rozmowy „Okrągłego stołu” w 1989 roku i bezkrwawa rewolucja, która odsunęło od władzy komunistów. Wbrew opinii o Polakach jako egocentrykach i anarchistach, tutaj zaskoczyliśmy Europę wypracowanym kompromisem politycznym i pokojową drogą przemian ustrojowych.
Środki własne zasilane pieniędzmi unijnymi pozwoliły w końcu zbudować nowoczesną sieć autostrad i dróg ekspresowych. W czasach PRL wybudowano raptem 127 km autostrad, po 1989 roku 1722 km i dalej się je buduje.
A co z polskimi karczmami w nowych realiach po 1989 roku?
Podróżując nowiutkimi autostradami możemy zatrzymać się na chwilę i odpocząć na jednej z wielu stacji benzynowych z całym zapleczem gastronomicznym, czystymi toaletami i prysznicami. Cała baza hotelowo-restauracyjna przez te lata przeszła metamorfozę i ta zmiana jest imponująca. W każdym większym polskim mieście można znaleźć dobre i bardzo dobre restauracje z szeroką ofertą dań, także wegetariańskich. Wiele z tych polskich lokali rekomenduje i nagradza prestiżowy kulinarny „Przewodnik Michelin”.
Czy ma nadal uzasadnienie dawna opinia o Polakach, że to w większości pijacy i brudasy? Jeżeli zajrzymy do Internetu to bez większego problemu znajdziemy filmiki wrzucane przez naszych gości z zagranicy, którzy w tonie bardzo sympatycznym opisują swoje wrażenia z podróży po Polsce. Powtarza się opinia, że ich zdaniem Polska to czysty i bezpieczny kraj. Stałym motywem tych filmików są zachwyty nad czystością stacji Metra w Warszawie, że kiedyś też tak było w Paryżu i Berlinie, a to już dawni nieprawda.
Czy Polacy obecnie piją dużo alkoholu? Pewnie tak, ale dawno już nie jesteśmy w tej dyscyplinie liderami, raczej sytuujemy się gdzieś w środku stawki. Obecnie średnie spożycie na osobę rocznie w Polsce to 11,7 litra czystego alkoholu, a na przykład w Niemczech to nawet trochę więcej niż 12 litrów na osobę. Picie mocnego alkoholu i upijanie się nim przestaje być modne, zwłaszcza w grupie młodzieży 18-25 lat. Coraz rzadziej też można spotkać na ulicy polskich miast ludzi kompletnie zamroczonych alkoholem, śpiących na ławkach czy na trawnikach, tak jak to było kiedyś.
Przez 200 lat na zachodzie Polacy byli kojarzeni z ciężką pracą fizyczną, często sezonową. Mężczyźni pracowali na budowach, kobiety sprzątały i opiekowały się dziećmi swoich pracodawców. To też się zmienia, chociaż stopniowo i powoli. Młodzi Polacy wchodzą do branż wysokich, cyfrowych technologii. Mamy świetnych informatyków i programistów, takich jak Wojciech Zaremba i Jakub Pachocki, współtwórcy firmy Open AI i takich produktów jak Chat GPT. Z kolei Mateusz Staniszewski i Piotr Dąbkowski stworzyli unikalny program do generowania i klonowania mowy za pomocą sztucznej inteligencji. Ich firma ElevenLabs jest obecnie wyceniana na 11 mld dolarów.
Czy jako wspólnota narodowa Polaków mamy w końcu powody do dumy ze swoich gospodarczych i cywilizacyjnych osiągnięć, a nie tylko z gotowości do przelewania krwi w imię wolności i honoru? Myślę, że tak!
Nie straciliśmy szansy jaka pojawiła się dla nas w 1989 roku. Oprócz takich zasobów jak pracowitość i przedsiębiorczość Polaków, dopływ kapitału i technologii z Zachodu i 30 lat bez wojny mieliśmy jeszcze coś…
Jest taka anegdota o Napoleonie, któremu jego adiutant rekomendował pewnego pułkownika do awansu na generała – „Wasza Cesarska Mość to bardzo dobry oficer, lubiany przez żołnierzy, sprawdzony w boju, świetnie nadaje się na generała”. Napoleon odpowiedział na to: „Wszystko rozumiem, ale istotne pytanie czy on ma szczęście?”
Po raz pierwszy od 300 lat to szczęście się do nas uśmiechnęło, należy to zauważyć i docenić, bo nikt przecież nie wie, co się dalej wydarzy….