Nauka z Marką

Kursy i korepetycje od 1992 roku. 14 tysięcy uczniów.

Wielkie wyprawy po przyprawy z lekiem na dżumę w tle.

Wielkie wyprawy po przyprawy z lekiem na dżumę w tle.

W czasach pandemii jesteśmy stęsknieni dobrych informacji o tym, że naukowcy na całym świecie intensywnie pracują nad szczepionką i lekiem na groźnego wirusa. Optymiści są zdania, że wydarzy się to lada dzień, może jeszcze w tym roku, pesymiści mówią o perspektywie 2-3 lat. Oczywiście koronawirus mocno komplikuje nam życie, ale – przynajmniej na razie – nie spełniły się ponure wizje epidemii o sile i skutkach porównywalnych z dżumą w XIV wieku. Wtedy populacja w Europie zmniejszyła się średnio o 30%, ale były takie miasta i regiony, gdzie ta śmiertelność wynosiła nawet 70% ludności.

Przy takiej skali tragedii najlepsi badacze i lekarze tamtej epoki starali się znaleźć lek na chorobę, której istoty nie znali. Zresztą nie tylko oni. Skuteczny lek na dżumę – penicylinę wymyślili naukowcy na czele ze szkockim bakteriologiem Aleksandrem Flemingiem dopiero 600 lat później. Masowa produkcja tego antybiotyku ruszyła dopiero w czasie II wojny światowej na potrzeby alianckich żołnierzy. Nie sądzę jednak, abyśmy tym razem musieli czekać na nowy lek aż tak długo!

Chciałbym dzisiaj opowiedzieć o tym, jak poszukiwanie cudownego leku na dżumę  wpłynęło na bieg spraw w Europie i stało się impulsem dla wielkich odkryć geograficznych.

W czasach epidemii dżumy XIV-wieczni medycy na dwa sposoby tłumaczyli przyczyny zarazy. Twierdzili, że do organizmu przeniknęło zepsute, morowe powietrze lub takie „żyjątka”, których nie widać, nazywane „seminariami”. Morowe powietrze zawierało szkodliwe związki, tzw. miazmaty powstające w miejscach dla człowieka nieprzyjaznych – bagnach, trzęsawiskach, rozpadlinach skalnych, wszędzie tam, gdzie miał miejsce proces gnicia resztek zwierzęcych lub roślinnych. Wiatr przywiewał takie zepsute miazmatami powietrze do osiedli ludzkich. Tę bardzo popularną koncepcję źródeł zarazy w istotny sposób zmodyfikował wybitny włoski lekarz Girolamo Fracastoro w swojej pracy naukowej wydanej w 1546 roku Jego zdaniem źródłem choroby były przenoszone przez powietrze i niewidoczne dla ludzkiego oka „żyjątka” nazywane przez niego seminariami. Ludzie mogli się nimi zarażać bezpośrednio przez oddech i dotyk, ale także pośrednio, bo mogły się osadzać na ubraniu, naczyniach czy pościeli chorego. Fracastoro miał w tym wypadku genialną intuicję potwierdzoną naukowo dopiero w następnym stuleciu przez holenderskiego przyrodnika Antoniego van Leeuwenhoeka. To on w 1686 roku jako pierwszy człowiek zobaczył świat bakterii przez własnoręcznie skonstruowany mikroskop.


Dżuma w Gdańsku w 1709 roku.
Fot. Zbiory BG PAN

Uzbrojeni w taką wiedzę lekarze czasu epidemii próbowali jakoś pomóc swoim pacjentom. Przy pomocy prewencyjnych działań i zaleceń egzekwowanych później przez władze, starali się ograniczyć, jak tylko się dało skalę zarażeń. Ich zalecenia brzmią dla nas obecnie dziwnie znajomo. Przede wszystkim zalecano ścisłe separowanie osób zakażonych od zdrowych. Ci, którzy przybywali na obszar już opanowany przez zarazę powinni się byli poddać kwarantannie i mieć zaświadczenie, że tam, skąd przybywają, epidemii nie było. Zalecano większą dbałość o czystość,  w tym mycie rąk i ich dezynfekowanie octem. Nieco inaczej niż teraz wyglądała sprawa mycia całego ciała, zwłaszcza w gorącej wodzie. Tutaj większość lekarzy była temu zdecydowanie przeciwna, gdyż skóra po takiej kąpieli stawała się miękka, a jej pory się otwierały na niszczące działanie morowego powietrza. Mieszkania miały być częściej wietrzone i okadzane, np. dymem z jałowca. Nie należało się gromadzić, a na ulicy zachowywano między sobą bezpieczny dystans, chociaż nikt wtedy jeszcze tego nie precyzował, że mają to być akurat dwa metry. Ograniczono do minimum ceremonie pogrzebowe, a że pochówków w czasach epidemii gwałtownie przybywało, zmarłych chowano poza murami miasta, w zbiorowych mogiłach.


Strój ochronny lekarza z okresu epidemii dżumy
fot. Wikipedia

Dzięki takim przepisom udawało się chociaż trochę poprawić los biedniejszej ludności miasta, bo zwykle ci bogatsi mieszkańcy na samą wieść o zbliżającej się epidemii porzucali swoje domy i urzędy i uciekali jak najdalej od miejsca zarazy. Sami lekarze chronili się przed chorobą, nosząc specjalny strój ochronny, coś w rodzaju płaszcza wykonanego z grubej wełny, a na twarz zakładali tzw. „ptasią maskę” z długim dziobem, w końcu którego znajdował się materiał nasączony olejkami eterycznymi. Lekarze cenili sobie szczególnie olejek z goździków i gałki muszkatołowej. Generalnie ważnym elementem walki z epidemią dżumy było tworzenie wokół siebie takiej swoistej „bariery zapachowej” mającej chronić przed morowym powietrzem. Stąd przez cały czas epidemii należało palić zioła, jałowiec, a nawet koński nawóz. Podobno pomagały też aromatyczne olejki eteryczne z przypraw korzennych, którymi skrapiano ubrania. W 1622 roku w Rzeczpospolitej ukazała się naukowa rozprawa Jana Ignacego Petrycego „Instructia abo nauka, jak się sprawować czasu moru” z takimi właśnie zaleceniami: „Mieszkanie kurzyć bursztynem, jałowcem, mirrą, kadzidłem, rozmarynem, cynamonem, goździkami, którym moc wielką przeciw powietrzu przepisują”.

Kiedy już jednak doszło do zarażenia – jak lekarz mógł pomóc choremu? Zwykle zaczynał od typowych zabiegów medycyny tradycyjnej tzn. puszczania krwi, lewatywy, stosowania środków na wymioty i na pocenie się, aby obniżyć gorączkę. Jeżeli to nie pomagało, zalecał stosowanie leku ostatniej szansy – teriaku. Ludzie wierzyli, że ma on cudowne właściwości. Wzmianki o nim pojawiały się już w dziełach medycznych starożytnych autorów, którzy pisali o substancjach neutralizujących trucizny, a przecież morowe powietrze można było potraktować jak taką truciznę przenikającą do organizmu chorego. W starożytności ekspertem od takich substancji był król Pontu (dziś Turcja) Mitrydades. W obawie o to, że zostanie otruty przez swoich wrogów, których nigdy mu nie brakowało, eksperymentował z różnymi mieszankami roślinnymi i korzennymi z dodatkiem opium w nadziei, że uda mi się stworzyć idealną odtrutkę. Stałym składnikiem tych substancji była wysuszona i sproszkowana żmija, bo podobno jej jad miał działanie neutralizujące inne trucizny.


Żmija żebrowana
fot. Wikipedia

Paradoks Mitrydadesa polegał na tym, że gdy w 63 roku p.n.e. przegrał wojnę z potężnym Rzymem, postanowił się sam otruć, aby nie stać się rzymskim jeńcem. Trucizna jednak nie zadziałała i król musiał prosić o pomoc swojego wiernego sługę, który przebił go mieczem. Miksturę Mitrydadesa nazywaną na jego cześć – mitrydadem – udoskonalił Andromach, osobisty lekarz cesarza Nerona. Zwiększył on liczbę składników z 54 do 89 i w nowej recepturze miał to być już lek o bardzo szerokim spektrum działania, prawdziwe panaceum na różne choroby i dolegliwości. Wtedy też pojawiła się nazwa tego leku – teriak od łacińskiego słowa therion – żmija, niezbędnego składnika tej mikstury. Wśród 89 składników były przyprawy korzenne – goździki, gałka muszkatołowa, pieprz, imbir, szafran, aromatyczne żywice – mirra, olibanum i galanum oraz rożne inne rośliny i zioła – rabarbar, koper, gorczyca, ziele angielskie czy kozłek lekarski. W niektórych recepturach pojawiały się też: sproszkowana ludzka czaszka i tłuszcz z ciała wisielca. W końcowym etapie przygotowania teriaku, wszystkie te składniki były starannie mieszane z miodem, winem z dodatkiem opium, następnie ugniatane w masę o konsystencji ciasta. Potem cała ta substancja była umieszczana w dużym kamiennym naczyniu i zakopywana w ziemi na trzy miesiące. Po wyjęciu z naczynia, pakowano teriak do zamykanych pojemników wykonanych z drewna lub gliny. Produkcją leku zajmowali się zwykle aptekarze ale w obecności lekarzy i rajców miejskich, aby nie dochodziło do fałszowania receptury. Cena teriaku była rożna, w zależności od tego kto i gdzie go przygotowywał oraz jakich użył składników. Najdroższe mikstury sprzedawano w Wenecji i Moguncji, a w Rzeczpospolitej – w Toruniu.

Powstawały także różne tańsze wersje leku z większą zawartością dodatków roślinnych w miejsce korzennych, które były drogie. W Rzeczpospolitej w składzie teriaku było dużo mięty, szałwii, centurii pospolitej i bardzo popularnej rośliny – driakwi. Z czasem na naszych ziemiach zachodni teriak określano swojską nazwą: driakiew.

Driakiew – roślina pospolita dodawana w Polsce do teriaku
fot. Wikipedia

Nie było jednej receptury tego leku, właściwie każdy medyk trochę tutaj eksperymentował z proporcjami i składnikami, a przecież było ich wiele. Tak czy inaczej do przygotowania teriaku nawet w tańszej wersji były niezbędne przyprawy korzenne. W całej Europie potrzebowali ich jednak nie tylko lekarze ale i kucharze, zwłaszcza na dworach biskupów, książąt i królów.

* * *

W średniowieczu i potem, w epoce nowożytnej, elity chciały jadać tak, jak w starożytnym Rzymie. Tam na stołach królowały potrawy mocno przyprawiane, o ostrych smakach i aromatach. Gdybyśmy przyjrzeli się bliżej wystawnym ucztom u księcia Karola Radziwiłła w XVIII wieku i ucztom rzymskiego poety i senatora Petroniusza z I wieku n.e., to wyglądałyby one dosyć podobnie. Potrawy o tak ostrych smakach byłyby obecnie dla nas trudne do przełknięcia i drażniłyby mocno nasze podniebienia. Jeżeli ktoś chce mieć pojęcie, o czym mówię, to wystarczy wybrać się do hinduskiej restauracji i zamówić coś z karty dań, w wersji na ostro.

Rzymianie lubili tak zdecydowane smaki, gdyż stali się pośrednio ofiarami swojej wysoko rozwiniętej cywilizacji. W każdym prawie rzymskim mieście był akwedukt, a w nim woda płynęła rurami wykonanymi z ołowiu. Drobinki tego metalu znajdowały nie tylko w wodzie ale i w winie, bo mieszano je z miodem i korzennymi przyprawami w naczyniach również wykonanych z ołowiu. Eleganckie kobiety używały chętnie pudru, także z dodatkiem ołowiu. W konsekwencji wiele osób, zwłaszcza z klas wyższych Imperium Rzymskiego, cierpiało na chorobę nazywaną ołowicą. Związki tego metalu odkładają się bowiem w kościach, ale degradują też wątrobę i nerki. Jednym z objawów ołowicy jest – utrata smaku. Rzymianie musieli więc mocno doprawiać swoje potrawy, bo zapewne najczęściej wydawały im się mdłe i bez smaku.

Historycy starożytności są zdania, że jedną z istotnych przyczyn kryzysu Imperium Rzymskiego była głęboka nierównowaga w handlu z krajami azjatyckimi. Rzymianie płacili złotem i srebrem za przyprawy i jedwab sprowadzane w takich ilościach, że w III wieku doprowadziło to do inflacji i głębokiego kryzysu gospodarczego państwa.

W XV wieku zapotrzebowanie na przyprawy korzenne było olbrzymie, a generował je model konsumpcji elit oraz strach przed dżumą. Ceny przypraw osiągały absurdalny poziom, np. funt goździków, czyli niecałe pół kilograma, kosztował tyle co krowa. Europejscy kupcy nie mieli dostępu bezpośrednio do producentów w Azji i musieli korzystać z pośrednictwa kupców arabskich. To oni dyktowali ceny, bo mieli monopol na handel korzenny. Dodatkowo w drugiej połowie XV wieku mocno skomplikowała się sytuacja w polityce międzynarodowej – Turcy Osmańscy dokończyli dzieło podboju Cesarstwa Bizantyjskiego i w 1453 roku zajęli Konstantynopol. Był to ważny punkt wymiany handlowej z głębi Azji do Europy, na Jedwabnym szlaku, którym podążały karawany z przyprawami. Dodatkowo, w Azji Środkowej zrobiło się niebezpiecznie po rozpadzie mongolskiego imperium Tamerlana. Te utrudnienia kupcy arabscy uwzględniali w końcowej cenie swojego towaru sprzedawanego w Europie.


Gałka muszkatołowa i goździki

Warto więc było zaryzykować i wyruszyć w morską podróż „ na koniec świata”, aby ominąć arabskich pośredników i samemu kupować korzenne przyprawy. Wielkie wyprawy morskie XV i XVI wieku, to jeden z najważniejszych okresów w historii Europy, których skutki całkowicie zmieniły realia polityczne i życie codzienne milionów ludzi. Wiedza na ten temat wyniesiona z lekcji historii jest zwykle mocno hasłowa i uproszczona. Krzysztof Kolumb to ten, który odkrył Amerykę, asco da Gamma jako pierwszy odkrył drogę morska do Indii, Ferdynand Magellan jako pierwszy żeglarz opłynął ziemię. Od razu doprecyzuję, że Kolumb owszem, dopłynął do Ameryki, ale wcale tam się nie wybierał i stało się to przez zupełny przypadek. asco da Gamma nie był pierwszym Europejczykiem, który wyznaczył szlak morski do Indii, bo przed nim zrobili to Rzymianie, a Magellan, wypływając  w swoją długą podróż, wcale nie miał zamiaru opłynąć kulę ziemską. Ale po kolei.


Trzech podróżników: Magellan, Kolumb, Da Gama
fot. Wikipedia

Tym, co łączy tych trzech wielkich żeglarzy, było wielkie marzenie i ambitny cel podróży – Wyspy Korzenne. Dla żeglarzy XV wieku było to coś tak ważnego jak dla rycerzy średniowiecza poszukiwanie Świętego Graala – kielicha, którym Jezus posłużył się w trakcie Ostatniej Wieczerzy.

Arabscy kupcy, od których kupowano przyprawy korzenne dużo o nich opowiadali, ale nigdy nie zdradzili swojej tajemnicy, gdzie należy ich szukać na mapie. Wyjątkowość tych wysp polegała na tym, że tylko tam rosły te najdroższe z przypraw – goździki i gałka muszkatołowa. W wyścigu do Wysp Korzennych wzięły udział na początku dwa kraje – Portugalia i Hiszpania, a w XVII wieku kolejne dwa państwa –  Anglia i Holandia.

W XV wieku liderem wielkich morskich wypraw była Portugalia, słynąca ze świetnych żeglarzy, mocnych okrętów i dobrych map. Portugalscy żeglarze stopniowo rozpoznali zachodnie  wybrzeże Afryki i dopłynęli do południowego cypla tego kontynentu. Kiedy Vasco da Gamma w 1497 roku wyruszył w swoją podróż do Indii, miał już ułatwione zadanie. Pozostał mu jeszcze do przepłynięcia odcinek wzdłuż wschodniego wybrzeża Afryki, Zatoki Perskiej, aż do zachodniego wybrzeża Indii. Dokładnie taką trasą płynęli w starożytności rzymscy i bizantyjscy kupcy po wschodnie towary. Ich punktem startu były porty nad Morzem Czerwonym. Ruch morski był wtedy tak intensywny, że – jak pisał rzymski historyk i geograf Strabon – w morską podróż do Indii, a nawet dalej do Wietnamu i Malezji wyruszało co roku 120 rzymskich statków. Ten bardzo oblegany szlak morski funkcjonował z sukcesem przez  kilkaset lat, od I wieku p.n.e. do VII wieku n.e. Sytuację zmieniły w VII wieku podboje arabskie. Wschodnie wybrzeże Morza Śródziemnego wraz z Egiptem znalazły się w ich rękach. Arabowie tym samym na wiele stuleci przejęli też korzyści wynikające z handlu przyprawami korzennymi i jedwabiem. Można więc powiedzieć, że Vasco da Gamma odkrył ponownie coś, co kiedyś już było w Europie dobrze znane – szlak morski do Indii. W 1498 roku dopłynął do hinduskiego miasta Kalikat i tam dokonał korzystnej wymiany swoich towarów na upragnione przyprawy korzenne, goździki, gałkę muszkatołowa i pieprz. Nie było tego dużo, ale po powrocie do Lizbony witano go jak bohatera. Otworzył Portugalczykom drogę morską do Indii, chociaż zasadniczy cel – Wyspy Korzenne nadal nie został osiągnięty.

Pałeczkę w tej sztafecie przejęli od niego następni żeglarze – Francisco de Almeida i  Alfonso de Albuqueque, zdobywca miasta Malakka w Malezji, które stało się dla Portugalczyków bazą wypadową dla dalszych wypraw. Stąd w 1512 roku na czele 4 okrętów wyruszył portugalski nawigator i oficer Antonio de Abreu, aby przemierzyć już ostatni odcinek drogi do Wysp Korzennych, nazywanych później Molukami (obecnie Indonezja). Okazało się, że ta na wpół mityczna kraina to archipelag kilkunastu, w większości skalistych, wysp na Ocenie Spokojnym, rozrzuconych malowniczo między Nową Gwineą, Celebesem i Filipinami. Portugalczycy osiągnęli więc wymarzony cel swoich wypraw i przez prawie cały XVI wiek z monopolu na handel goździkami i gałką muszkatołową czerpali ogromne korzyści.


Wyspy Korzenne – Moluki – mapa współczesna
fot. google maps

A co z Hiszpanami, sąsiadami Portugalczyków i ich zawziętymi rywalami w morskich podbojach? Hiszpania była krajem większym i bogatszym niż Portugalia ale nie miała tak dobrych żeglarzy, ani też doświadczenia w organizacji takich trudnych ekspedycji. Szczęście się do nich uśmiechnęło, gdy na królewskim dworze w Madrycie pojawił się doświadczony żeglarz pochodzący z Genui – Krzysztof Kolumb. Miał pewien plan, do którego chciał przekonać króla Hiszpanii. Proponował podróż do Indii i Wysp Korzennych, płynąc jednak w przeciwnym kierunku niż Portugalczycy, czyli nie na wschód ale na zachód. Wcześniej plan ten przedstawił królowi Portugalii, lecz ten nie był zainteresowany jego sfinansowaniem. Władca Hiszpanii też miał mnóstwo wątpliwości, czy to się powiedzie i ostatecznie wydał na ten cel skromne środki, z których Kolumb mógł zakupić tylko 3 statki i zaokrętować na nie 170 członków załogi. Jak wiadomo, po trzech miesiącach żeglugi przez Atlantyk, w październiku 1492 roku Kolumb dotarł do wysp Morza Karaibskiego – Bahama, Haiti, Kuby, biorąc je omyłkowo za wschodnie wybrzeże Indii. Nie znalazł tam żadnych przypraw, czym bardzo rozczarował swoich mocodawców.

Ponad 20 lat później do pomysłu Kolumba powrócił Ferdynand Magellan. Sytuacja się powtórzyła. On też z propozycją organizacji wyprawy do Wysp Korzennych od zachodniej strony zwrócił się najpierw do króla Portugalii. Było to zrozumiałe, bo sam był Portugalczykiem, świetnym żeglarzem i żołnierzem, dużo lepiej do takiej wyprawy przygotowanym niż Kolumb. Król Portugalii Manuel nie był jednak zainteresowany tą propozycją, a potem szczerze tego żałował.

W 1517 roku Magellan przybył do Hiszpanii i przekonał do swoich planów zarówno miejscowych ekspertów, bankierów jak i samego króla. Miał bowiem mocne argumenty. Jeszcze jako portugalski poddany uczestniczył w wyprawach do Indii, w 1510 roku zdobywał Malakkę, skąd do Wysp Korzennych było już bardzo blisko. Dotarł tam jego kuzyn Francesco Serrao, który od 1512 roku na Wyspach Korzennych pilnował portugalskich interesów politycznych i handlowych. Serrao korespondował z Magellanem i przekazał mu dużo informacji o tym, co się tam dzieje.

Król Hiszpanii Karol i Magellan spisali umowę biznesową w sprawie kosztów organizacji wyprawy i podziału ewentualnych zysków. Udziałowcem w tym przedsięwzięciu był także bogaty kupiec z Antwerpii Christopher de Haro. Środki finansowe było wystarczające, aby Magellan zakupił 5 statków – Trinidad, San Antonio, Concepcion, Santiago i Victoria i zaokrętował 270 członków załogi. Celem wyprawy było dotarcie do Wysp Korzennych i zakupienie jak największej ilości cennych przypraw. W umowie nie było punktu o tym, że Magellan miałby przy tej okazji opłynąć ziemię. I tak wielkim wyczynem miało być znalezienie przesmyku łączącego Ocean Atlantycki z Oceanem Spokojnym, co się ostatecznie udało w październiku 1520 roku. Potem ten przesmyk nazwano później Cieśniną Magellana.

W 1521 roku cel hiszpańskiej wyprawy został osiągnięty. Udało się dotrzeć do Wysp Korzennych i załadować na 2 statki, które jeszcze im pozostały, goździki i gałkę muszkatołową. Los był jednak kapryśny. W kwietniu 1521 roku dowódca wyprawy Ferdynand Magellan zginął na jednej z wysp Filipin w czasie potyczki z jej mieszkańcami.

Jego następcą został Juan Sebastian Elcano. Planował podróż powrotną trasą wyznaczoną przez Magellana. Uniemożliwili mu to Portugalczycy, którzy zaatakowali i przejęli jeden z jego okrętów. Ostatni z pięciu okrętów ekspedycji – Victoria – dowodzony przez Elano, uciekając przed Portugalczykami, płynął dalej na zachód. Kiedy w 1522 roku powrócił do macierzystego portu w Sewilli, okazało się, że w sposób niezamierzony opłynął kulę ziemską.   Z 270 członków wyprawy do Sewilli powróciło jedynie 18 marynarzy, ale w ładowni Victorii było 25 ton goździków, które udało się z dużym zyskiem sprzedać i pokryć wszystkie koszty wyprawy.

* * *

Teriak nie był, jak kiedyś wierzono, lekiem na dżumę. Jednak współczesne badania jego składu pokazują, że w wielu sytuacjach mógł pomagać chorym w takim zakresie, jak obecnie suplementy diety czy leki homeopatyczne. Mikstura będąca mieszaniną ziół, przypraw korzennych z dodatkiem opium mogła pozytywnie wpływać na układ odpornościowy chorego i jego psychikę. Wiadomo jak destrukcyjne dla człowieka potrafią być poczucie bezradności i brak nadziei, a przecież chorzy wierzyli, że teriak ma cudowne właściwości. To podnosiło ich na duchu i dodawało sił do walki z chorobą.

Ludzie chorzy w stanie zagrożenia życia, zarówno przed wiekami jak i teraz, szukają niestandardowych terapii i cudownych leków. Według portalu Rynekaptek.pl w Polsce działa obecnie ponad 100 tysięcy bioenergoterapeutów, zielarzy i uzdrowicieli. To więcej niż pracujących w kopalniach górników. W tej grupie, obok ludzi faktycznie pomagającym innym, jest bardzo wielu zwykłych hochsztaplerów i znachorów, jak np. słynny w Internecie Jerzy Zięba leczący witaminą C rożne postaci raka czy też Tomasz Dorniak potrafiący w kilka minut uleczyć chorych na koronawirusa tabletkami z wodorostów. Od momentu, gdy świat musiał się zmierzyć z pandemią groźnego wirusa, ruszył wielki wyścig firm farmaceutycznych, prywatnych i państwowych laboratoriów – wygra go ten,  kto pierwszy wymyśli szczepionkę i lek na tę chorobą. Aktywnie na tym polu działają tez wywiady rożnych państw i sprytni hakerzy włamujący się na strony internetowe i bazy danych konkurencji. Gra idzie bowiem o wielką stawkę. Kiedyś chodziło o dotarcie przed konkurencją do Wysp Korzennych, teraz opatentowanie leku na covid-19 temu, kto zrobi to jako pierwszy, zapewni wielką sławę i ogromne pieniądze.

Marek Urban