Nauka z Marką

Kursy i korepetycje od 1992 roku. 14 tysięcy uczniów.

Moje odbicie w lustrze

Moje odbicie w lustrze

Fascynacja własnym odbiciem w lustrze mija wraz z tym, jak przybywa nam lat. Sądząc z filmików zamieszczanych w sieci, największe zdziwienie tym, co widzą w lustrze, okazują małe 2-3 letnie dzieci próbujące na przykład pogłaskać czy pocałować swoje odbicie, przytulić się do niego czy w końcu sforsować tę barierę i dostać się do tej innej przestrzeni. Podobnie zachowują się zwierzęta, zwłaszcza szczeniaki i młode kotki.
Kiedy jesteśmy dorośli lustro przestaje nas fascynować i raczej staje się strażnikiem naszego wieku, informującym nas w trakcie porannej toalety o widocznym na naszej twarzy upływie czasu. Jednak lustro, mimo że nam spowszedniało, jest przedmiotem o niezwykłej historii, który wpływał niesamowicie na wyobraźnię, wierzenia i życie codzienne naszych przodków.
Lustro to z definicji proste zwierciadło odbijające światło, składające się z tafli szkła, na którą zostają naniesione dwie warstwy – od spodu warstwa refleksyjna odbijająca światło i na wierzchu ochronna – chroniąca lustro przed uszkodzeniami. Przyjęło się, że powinno mieć płaską szklaną powierzchnię, ale bardzo długo ludzie posługiwali się zwierciadłami wykonanymi na przykład ze srebra, miedzi czy brązu z idealnie wypolerowaną powierzchnią. Pierwsze takie zwierciadła pochodzą sprzed 6 tysięcy lat i dawały obraz postaci mocno rozmazany, taki jakbyśmy się przeglądali w brudnej szybie wystawowej. Trudność z wykonaniem dużego szklanego lustra polegała na tym, że rzemieślnicy długo nie potrafili uzyskać w procesie wytopu takiego szkła, które byłoby przeźroczyste, bez zabrudzeń i pęcherzyków powietrza. Łatwiej więc było polerować metalowe zwierciadła przy wszystkich niedoskonałościach obrazu.
Święty Paweł w Liście do Koryntian z I wieku n.e. pisał, że chrześcijanie po swojej śmierci spotkają Boga twarz w twarz i dopiero wtedy w pełni zrozumieją znaczenie słów Jezusa: „Teraz bowiem widzimy jakby w zwierciadle i niby w zagadce, ale wówczas twarzą w twarz. Teraz poznanie moje jest cząstkowe, ale wówczas poznam tak, jak jestem poznany.” (1 Kor 13.12) Zatem to przywołane przez apostoła Pawła zwierciadło wykonane z metalu nie pokazywało wiernie rzeczywistości, jedynie jej przybliżony obraz i to bez szczegółów.
Pierwsze szklane lustra wytwarzali Fenicjanie w VII wieku p.n.e. i Rzymianie w I wieku n.e., ale były one kiepskiej jakości i niewielkich rozmiarów. Korzystały z nich bogate kobiety przy porannej toalecie. We wczesnym średniowieczu małe podręczne lusterka trafiały do chrześcijańskiej Europy z krajów arabskich, głównie z Andaluzji i były dobrem luksusowym. Jego właściciel nosił je na co dzień przywiązane do pasa, u biodra lub na szyi, oczywiście dla podkreślenia swojego prestiżu i bogactwa.
Szkło wydaje się z pozoru materiałem łatwym do wytworzenia, bo jego składniki są stosunkowo tanie i łatwo dostępne. To w 75% piasek kwarcowy, soda, oraz wapno, które można zamienić na potas. Taką mieszaninę wrzucano do pieca hutniczego i poddawano działaniu wysokiej temperatury około 1200 stopni Celsjusza. Dla uzyskania szkła kolorowego dodawano jeszcze różne metale, np. złoto i miedź barwią szkło na czerwono, a mangan z niklem na fioletowo. Tajemnicą wytrawnych hutników szkła było to, co zrobić, aby pozbyć się pęcherzyków gazu w strukturze tafli szkła. Dodawali oni mianowicie jeszcze nieco saletry i arszeniku.


Gomółki – szyby w średniowiecznych oknach XII-XV wiek,
fot. domin-warszawa.pl

W końcowym etapie wytopu powstała rozgrzana i plastyczna masa szklana, z której hutnik mógł poprzez długą rurkę nazywaną piszczelem wydmuchać sporej wielkości szklaną bańkę. Przypominało to trochę dziecięcą zabawę w puszczanie mydlanych baniek, z tą jednak różnicą, że szklana bańka długo zachowywała swoją trwałość i plastyczność, a w sprawnych dłoniach rzemieślnika, zanim zastygła, przybierała kształty różnych naczyń – pucharów, szklanek, aptekarskich ampułek, paciorków i zabawek. Jeżeli rzemieślnik chciał wytworzyć szybę okienną, co było skomplikowanym zadaniem, postępował nieco inaczej. Jeszcze rozgrzaną szklaną bańkę na końcu piszczela stopniowo spłaszczał i przyczepiał do niej żelazny pręt, zwany przylepiakiem, którym następnie obracał najszybciej, jak potrafił. Spłaszczona w ten sposób bańka rozkładała się jak wachlarz i powstawało koło o średnicy około dwóch metrów. Znowu można by to porównywać do wyrabiania pizzy przed włożeniem jej do pieca. Sprawny mistrz w tym fachu potrafi przecież kręcić takim plackiem i podrzucać go nad głową, aby dobrze przygotować ciasto. Z okrągłych, płaskich tafli szkła udawało się wykreślić niewielkie szybki o rozmiarze 30-40 centymetrów, które na potrzeby gotyckich kościołów często barwiono. Z nich w XIII i XIV wieku powstawały przepiękne witraże do dziś zachwycające swą urodą. Sam środek szklanego placka do takich celów się nie nadawał, ale ponieważ szkło było bardzo drogie, takie nie w pełni wartościowe „odrzuty” produkcyjne nazywane „wolimi oczami” stawały się częściami składowymi średniowiecznych szyb w oknach zamków i domach bogatych mieszczan i nazywano je gomółkami. W XVI i XVII wieku okrągłe szybki -gomółki  szklarze zastępowali coraz częściej niewielkimi romboidalnymi w kształcie szybkami łączonymi w całość ołowianym spoiwem. W domach biedoty otwory okienne wypełniano błonami zwierzęcymi, kawałkami lnianego materiału lub pergaminu. Szklane szyby w oknach to był luksus, na który chłopi mogli sobie pozwolić dopiero w XIX wieku.

Szyby witrażowe XVI-XVIII wiek,
fot. witraze.info

 


Okno podzielone na kwatery – oddzielone szprosami XVIII – XIX wiek,
fot. biznespolski.net

Liderami w produkcji szkła w średniowiecznej Europie byli na początku rzemieślnicy z Normandii, ale w XIII wieku niekwestionowanymi mistrzami w tym fachu okazali się Wenecjanie. W 1292 roku doża wenecki zarządził przeniesienie wszystkich warsztatów produkujących szkło na wyspę Murano znajdującą się w lagunie, lecz w pewnym oddaleniu od miasta. Tłumaczono to względami bezpieczeństwa, bo hutnicy mogli dosyć łatwo zaprószyć ogień, ale równie dobrze mogło chodzić o to, że władze Wenecji chciały mieć tych wszystkich rzemieślników pod ściślejszą kontrolą. Eksport weneckich wyrobów ze szkła – naczyń, żyrandoli, a potem luster – dawał miastu ogromne zyski, po które mogła sięgnąć zazdrosna konkurencja, zapraszając rzemieślników do siebie.


Wyspa Murano – Wenecja, widok współczesny,
fot. Wikipedia

To skumulowanie warsztatów w jednym miejscu dało całej branży ogromny impuls rozwojowy i innowacyjny a także niezagrożoną w Europie pozycję w produkcji szklanych wyrobów aż do końca XVII wieku, czyli przez 400 lat. Weneckie lustra w pięknie zdobionych ramach, naczynia i żyrandole jako dobra luksusowe zdobiły królewskie i arystokratyczne rezydencje, a małe podręczne lusterka, szklane paciorki i figurki trafiały nawet do Afryki za sprawą holenderskich i portugalskich kupców, którzy nabywali za nie od lokalnych władców kość słoniową i niewolników. Weneckie wyroby szklane z całą pewnością trafiały też do średniowiecznej Polski, o czym świadczy włoskie słowo „lustro” przejęte bez żadnych modyfikacji do języka polskiego, a oznaczające blask, połysk.
Na koniunkturze na szklane wyroby korzystali również sami weneccy rzemieślnicy. Świetnie zarabiali, mieli prawo noszenia broni i, co było absolutnie wyjątkowe, mogli wchodzić w związki małżeńskie z miejscową szlachtą i patrycjuszami. Jednak była to dla nich taka „złota klatka”, bo bez zgody władz nie mogli opuścić miasta i pracować u konkurencji. Jeśliby spróbowali zrobić to nielegalnie, groziło im wieloletnie więzienie, a nawet śmierć. Weneccy hutnicy szkła, a zwłaszcza ich żony, zwykle też nie żyli długo, gdyż przy produkcji luster wykorzystywano rtęć jako warstwę odbijającą światło. Tą częścią produkcji zajmowały się najczęściej kobiety – córki i żony właściciela warsztatu, które przy tej okazji wdychały szkodliwe dla ich zdrowia opary rtęci.
Pod koniec XVII wieku kończy się powoli dominacja weneckich producentów szkła, a ich miejsce zajmują rzemieślnicy z Francji. Ma w tym wielki swój udział król Francji Ludwik XIV (1643-1715) władca, który postanowił stworzyć dla siebie i swojego dworu pałac będący obiektem podziwu i zazdrości wszystkich innych monarchów tamtej epoki. Jego architekci zaproponowali mu przebudowę niezbyt okazałego pałacu w podparyskim Wersalu w olśniewającą rezydencję królewską otoczoną pięknymi ogrodami. Wprawdzie w całym planie nowego pałacu pominięto taki szczegół jak toalety i kanalizację, ale Wersal rzeczywiście wyglądał imponująco.
Jednym z najbardziej niezwykłych miejsc pałacu miała być sala lustrzana. W rzeczywistości był to długi korytarz, rodzaj galerii łączącej apartamenty królewskie z ogrodami. Zbudowano ją w latach 1678-1684, miała 73 metry długości i 10 metrów szerokości, ale tym, co dawało wtedy efekt luksusu i niezwykłości, było umieszczenie wzdłuż korytarza 17 wielkich, około dziesięciometrowych luster sięgających od podłogi aż po sufit. Każde z luster składało się 21 mniejszych fragmentów o rozmiarach półtora metra na metr i był to wtedy szczyt możliwości technicznych. Hutnicy nadal nie potrafili wytworzyć tafli przezroczystego szkła w większych rozmiarach. Po drugiej stronie sali lustrzanej stały kandelabry z mnóstwem świec, których blask odbijał się nocą w lustrach, tak jak za dnia promienie słońca.


Sala Lustrzana w Wersalu,
fot. Wikipedia

Kiedy Jean Baptiste Colbert – minister finansów króla Ludwika XIV – przygotował wstępną kalkulację kosztów całego przedsięwzięcia, wyszły mu kwoty tak duże, że uznał, iż taniej będzie ruszyć z własną produkcją luster, niż importować je z Wenecji. Król zaakceptował ten pomysł i w 1665 roku powstała pierwsza we Francji królewska manufaktura luster. Colbertowi udało się grupę około 20 rzemieślników z Wenecji przekonać do przyjazdu do Francji wysokimi pensjami i zwolnieniami podatkowymi, ale także obietnicami małżeństw z Francuzkami, a każda z nich miała na początek otrzymać sowitym posag. To głównie Wenecjanie wykonali więc lustra na potrzeby pałacu w Wersalu, nie chcieli jednak ujawnić swoim francuskim uczniom tajemnic produkcji. Ci jednak, metodą prób i błędów, wypracowali własną formułę i w XVIII wieku to Francja stała się liderem produkcji szkła w Europie. Władze Wenecji wydały na swoich rodaków pracujących dla króla Francji wyroki śmierci, ale nie wiadomo czy na którymś z nich je wykonano.
Hutnictwo szkła w Królestwie Polskim było w XV i XVI wieku jedną z lepiej działających gałęzi przemysłu, a produkcja uległa gwałtownemu załamaniu dopiero w wyniku niszczących wojen połowy XVII wieku. Rzeczpospolita miała całkiem dużą grupę dobrych rzemieślników – hutników szkła, ale też smolarzy, którzy zajmowali się wypaleniem węgla drzewnego. W tracie tego długiego procesu powolnego spalania drewna ułożonego w stosy, oprócz węgla drzewnego powstawały też smoła drzewna, zwana dziegciem, oraz popiół drzewny z dużą zawartością potasu, z tej racji nazywany potażem.
Oba produkty były w XVI wieku „hitami eksportowymi” Rzeczpospolitej. Dziegciem impregnowano drewno, z którego budowano domy oraz uszczelniano statki, a potaż był potrzebny do produkcji zarówno szkła, jak i mydła. Nasi specjaliści – hutnicy szkła i smolarze – stali się sławni nie tylko w Rzeczpospolitej, ale i na świecie za sprawą Johna Smitha, angielskiego żołnierza, podróżnika i awanturnika, który odwiedził naszą ojczyznę prawdopodobnie około 1604 roku. Wcześniej jako najemnik w wojskach cesarza Austrii walczył z Turkami w Siedmiogrodzie, tam dostał się do niewoli, z której uciekł i wędrował przez tereny Rosji, Rzeczpospolitej, a potem Szwecji do rodzinnej Anglii. Wtedy też poznał trochę realia życia i kulturę Rzeczpospolitej i zetknął się z polskimi rzemieślnikami, o których wyrobił sobie dobra opinię. W 1606 roku rozpoczął się najbardziej niezwykły okres jego życia. W nadziei na wielkie zyski zaangażował się w organizację wyprawy do Ameryki Północnej w celu założenia tam stałej osady handlowej. Koloniści mieli na miejscu szukać złota i srebra, handlować z Indianami, ale także poszukiwać drogi rzecznej przez kontynent Ameryki Północnej, która skróciłaby podróż z Europy do Azji przez Pacyfik, tak jak to w 1519 roku udało się Magellanowi w Ameryce Południowej.
W 1607 roku osadnicy, którzy przybyli z Anglii zderzyli się w Nowym Świecie z brutalnymi realiami życia. Choroby, mroźne zimy, plaga komarów, wrogość Indian i konflikty wewnętrzne nie wróżyły osadzie dobrej przyszłości. Na cześć króla Jakuba I nazwali ją Jamestown. John Smith został przez osadników wybrany na przywódcę i pomimo wielkich trudności wykazał się uporem i energią w działaniu. Próbował jakoś dogadać się z Indianami, mimo to jedna z wypraw w głąb lądu zakończyła się katastrofą. Jego ludzie zostali przez Indian otoczeni i zabici, a on sam uratował się, jak sam mówił, dzięki pomocy córki wodza plemienia Powatanów, nazywanej Pocahontas, czyli Urwis, Łobuziak, bo jej właściwe imię to Matoaka – Białe Piórko. Trudno dziś powiedzieć, czy tak naprawdę było, bo Smith tylko raz mówił o tym w swoich wspomnieniach, i to dopiero po wielu latach, ale ta historia miała później wielką moc mitotwórczą. O sympatii, a może i miłości Indianki do białego mężczyzny powstawały później wiersze, książki, a w XX wieku kilkanaście różnych filmów animowanych i fabularnych. Pocahontas wyszła za mąż, ale nie za Johna Smitha, tylko za jednego z mieszkańców osady – Johna Rolfa, i to małżeństwo, dopóki żyła, czyli do 1617 roku, uspokoiło burzliwe relacje białych z Indianami.


John Smith, założyciel osady Jamestown,
fot. Wikipedia

Kiedy jeszcze Smith stał na czele Jamestown, wysłał do władz w Anglii prośbę o skompletowanie ekipy rzemieślników niezbędnych do rozwoju osady i o zorganizowanie im podróży do Ameryki. W 1608 roku na statku „Mary and Margaret” przybywa grupa rzemieślników, w tym pięciu z ówczesnej Polski. To niezwykłe, ale w dokumentach zachowały się ich imiona i nazwiska – Michał Łowicki, Zbigniew Stefański, Jan Bogdan, Jan Mata, Stanisław Sadowski. Mieli zająć się tym, na czym znali się najlepiej, to znaczy produkcją szkła, smoły i mydła. Kilka lat później do Jamestown przybyli kolejni Polacy, chociaż sam John Smith w 1609 roku powrócił do Anglii i na miejscu witał ich już inny gubernator.

Pomnik Pocahontas w Jamestown,
fot. Wikipedia

Mimo wielu trudności osada Jamestown w Wirginii rozrastała się. W 1619 roku mieszkało tam około tysiąca kolonistów. Kiedy gubernator wraz z mieszkańcami postanowili stworzyć Zgromadzenie Ogólne Wirginii jako namiastkę lokalnego parlamentu, niestety nie widział tam miejsca dla polskich rzemieślników, których było już wtedy około pięćdziesięciu. W odpowiedzi na to w 1619 roku ogłosili oni strajk i był on na tyle skuteczny, że już kilka dni później gubernator zmienił zapisy w ordynacji wyborczej i dał im pełne prawo głosu. Był to historycznie pierwszy w Ameryce Północnej strajk robotniczy, a zbudowany przez polskich rzemieślników w 1609 roku piec hutniczy można uznać za pierwszy obiekt przemysłowy w tym kraju.
Polacy w Jamestown mieli zapewne z władzami osady podpisany czasowy kontrakt na swoje usługi i kiedy on wygasł, po prostu wrócili do Europy lub swojej ojczyzny. Niewiele możemy powiedzieć o ich dalszych losach. Sama osada pod koniec XVII wieku została opuszczona, a jej mieszkańcy przenieśli się w inne miejsce.
W świadomości Amerykanów ważniejsza od Jamestown będzie osada Plymouth założona w 1620 roku przez grupę angielskich kalwinów uciekających przed prześladowaniami religijnymi. Opowieść o ich podróży przez Atlantyk na statku „Mayflower”, ciężkich warunkach życia w nowym miejscu i Święcie Dziękczynienia, po zebraniu rok później pierwszych plonów, zna chyba każde amerykańskie dziecko.
W XIX i XX wieku zmieniła się bardzo technologia produkcji szkła. Dawną metodę jego ręcznego wydmuchiwania przez rzemieślników zastąpiła produkcja maszynowa, gdzie szkło było poddawane walcowaniu i ciągnięciu. Prawdziwa rewolucja w produkcji szkła miała miejsce w latach 50-tych ubiegłego wieku za sprawą Anglika Alastaira Pilkingtona, który opatentował tzw. metodę „float” (platforma). Strumień rozgrzanej masy szklanej wprost z pieca wlewany jest do specjalnej wanny wypełnionej roztopioną cyną. Szkło, mające mniejszy ciężar właściwy, umiejscawiało się na gładkiej powierzchni roztopionej cyny. Dodatkowo znajdujące się nad taflą palniki gazowe niwelowały wszelkie niedoskonałości na jej powierzchni, zabrudzenia czy wady optyczne. W końcu więc po wielu latach prób i wysiłku licznych pokoleń rzemieślników i hutników szkła udało się osiągnąć idealnie gładką taflę. Potem tę technologię tylko udoskonalano, produkując np. szkło zbrojone, szyby samochodowe czy wielkoformatowe szklane ściany hal sportowych, basenów, sal wystawienniczych.
Oczywiście te innowacje wpływały bezpośrednio na sposób produkcji i koszty wytwarzania luster, które po tych zmianach stały się powszechnie dostępne dla każdego. Zadbano też o to, aby sama produkcja luster była mniej szkodliwa dla ludzi i środowiska naturalnego. W warstwie refleksyjnej odbijającej światło w miejsce rtęci zastosowano srebro, a z warstwy ochronnej osunięto ołów. Tym sposobem dobiegł końca pewien proces cywilizacyjny, polegający na tym, że w XVII wieku na duże i dobrej jakości lustro mógł sobie pozwolić właściwie tylko król Francji Ludwik XIV. W kolejnym stuleciu także bogata arystokracja zdobiła swoje sale balowe lustrami, wzorując się na Wersalu, w XIX wieku mogli sobie na taki luksus pozwolić też zamożni mieszczanie i klasa średnia, a pod koniec tego stulecia również chłopi.

Frank Markham Skipworth , „Korale”,
fot.
utw-art.blogspot.com

Na wsi zakup lustra do domu nadal jednak był uważany za luksus i duży wydatek, dlatego, jeżeli doszło do jego uszkodzenia, traktowano to jako zły znak, zapowiedź nieszczęścia w rodzinie przez kolejnych 7 lat. Domownicy musieli więc bardzo ostrożnie obchodzić się lustrem, aby go nie rozbić.
Nieco inaczej wyglądała sprawa z bardzo popularnymi na wsi na przełomie XIX/XX wieku małymi podręcznymi lusterkami. Kupowano je często na targach i jarmarkach dla siebie czy w prezencie dla narzeczonej. Na dobrą sprawę dopiero wtedy większość ludzi miała okazję przyjrzeć się swojej twarzy nie w odbiciu spokojnej tafli wody, ale w szklanym zwierciadle.
Warto może jeszcze wspomnieć o ewolucji szyb okiennych w XIX i XX wieku. Na starych przedwojennych filmach i fotografiach widać, że okna nie są, jak teraz, wypełnione jednolitą taflą szyby, ale ta przestrzeń jest podzielona na tzw. kwatery, czyli mniejsze szybki oddzielone drewnianym listewkami, nazywanymi szprosami. Wynikało to nie z przyczyn estetycznych, ale czysto ekonomicznych. Duża szyba była bowiem nadal bardzo droga i taniej było zamówić kilka mniejszych, niż jedną dużych rozmiarów, nie wspominając o innych kosztach wymiany, gdyby doszło do rozbicia dużej szyby. Okna ze szprosami zaczęły znikać z naszej przestrzeni w II połowie XX wieku, kiedy nastąpiła wielka rewolucja technologiczna w produkcji szkła wraz z wprowadzeniem metody float.
Pamiętam z czasów mojej wczesnej młodości, czyli z lat 70-tych ubiegłego wieku, że w moim rodzinnym mieście Jaworznie funkcjonował sklep pasmanteryjny „Balbina”, w którym mocno już starsza właścicielka z siwymi włosami upiętymi w kok sprzedawała oprócz guzików, tasiemek, czy zamków błyskawicznych do sukienek i spodni, także całą kolekcję kieszonkowych lusterek. Wybór był duży, a lusterka kusiły kupujących zamieszczonymi z tyłu zdjęciami gwiazd estrady i filmu, m.in. Maryli Rodowicz, Urszuli Sipińskiej, Krzysztofa Krawczyka, bohaterów serialu „Czterej pancerni i pies” Poli Raksy i Janusza Gajosa oraz słynnych sportowców, głównie naszych piłkarzy, Grzegorza Laty, Roberta Gadochy i mojego idola tamtych lat Włodzimierza Lubańskiego. Sam sobie kupiłem takie lusterko, jak zresztą większość chłopaków, a zwłaszcza dziewczyn z mojej klasy w podstawówce. W takim lusterku można było bowiem nie tylko się przejrzeć i poprawić fryzurę, ale także odbijać nim refleksy światła na ścianie, czyli „puszczać zajączki”.
Magiczna moc lustra
To, że lustro w XXI wieku stało się przedmiotem codziennego użytku, stosunkowo tanim i łatwo dostępnym, nieco pozbawiło je aury dawnej tajemniczości i niezwykłości. Możemy jednak łatwo odnaleźć tę atmosferę z pogranicza magii i tajemnicy w dawnych baśniach braci Grimm, Andersena, baśniach arabskich z 1001 nocy, czy współczesnej powieści o Harrym Potterze. Motyw magicznego lustra pojawia się też w klasycznej literaturze, np. „Fauście” Johanna Wolfganga Goethego czy w opowieści „Po drugiej stronie lustra”Lewisa Carrolla o podróżach małej Alicji po świecie wyobraźni. Punktem wyjścia dla tych historii jest głębokie przekonanie o tym, że lustro nie tyle pokazuje powierzchowność człowieka, co jego prawdziwe wnętrze, skryte myśli, pragnienia oraz złe i dobre uczynki, o których nie wiedzą inni.
W „Baśni o królewnie Śnieżce” zła królowa-macocha zadaje swojemu zwierciadłu słynne pytanie: „Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?”. Odpowiedź brzmiąca, że to nie jest ona, ale młodziutka królewna Śnieżka, doprowadza ją do furii i popycha ku decyzji o zamordowaniu niewinnej dziewczyny, swojej konkurentki. Z pewnością jest w tym nienawiść i zazdrość starzejącej się, ale nadal atrakcyjnej kobiety o urodę i świeżość ciała nastoletniej dziewczyny dopiero wchodzącej w świat dorosłych.
W jednej z opowieści Szeherezady pojawia się z kolei motyw lustra, które pokrywa się nalotem, gdy dziewczyna, która w nie spogląda, nie jest już dziewicą, chociaż być powinna. Można więc powiedzieć, że to taki wykrywacz kłamstw groźny dla kobiet skrywających tajemnice swojego życia intymnego.
Baśń Hansa Christiana Andersena „Królowa Śniegu” uważam za jedną z najbardziej przejmujących w swojej wymowie. Losy bohaterów opowieści, zaprzyjaźnionych ze sobą Gerdy i Kaja, to do pewnego momentu idealny przykład beztroskiego dzieciństwa. Wszystko się jednak zmieni, gdy okruch stłuczonego zwierciadła wykonanego przez diabła wpadnie do oka chłopca i zamieni jego serce w sopel lodu. Kaj przestanie dostrzegać wokół siebie dobro i piękno i stanie się zimny w swoich uczuciach zarówno wobec swej przyjaciółki Gerdy jak i innych ludzi. Kiedy Królowa Śniegu przybędzie do miasta w swoich przepięknych saniach, uda się wraz z nią do pełnego przepychu pałacu zbudowanego z lodu. Będzie odtąd całkowicie w jej mocy i dopiero miłość i poświęcenie Gerdy przywróci go do dawnego życia.
Motyw magicznego lustra doskonale wykorzystała w swojej powieści J.K. Rowling. Harry Potter widzi w lustrze nie siebie, ale to, czego pragnie. Zresztą napis nad lustrem nie pozostawia żadnych wątpliwości: „Odbijam nie twą twarz, ale twego serca pragnienia”. Bohater widzi więc w nim np. swoich rodziców, za którymi tęskni, bo zmarli, kiedy miał rok i ich twarzy nie zdążył zapamiętać.
Motyw lustra jako narzędzia w rękach szatana i czarownic wykorzystał też w swoim dramacie Goethe. Tak jak w biblijnej opowieści o Hiobie, tutaj także szatan i Bóg czynią zakład o duszę człowieka, który szamoce się między wyborem dobra i zła. Jest nim doktor Faust, stary i zmęczony życiem naukowiec, który bezskutecznie poszukuje sensu istnienia na drodze rozumowych dociekań. Jego czas na ziemi się kończy, a on ma świadomość, że mimo wielu naukowych osiągnięć i wyjątkowych zaszczytów został na koniec z pustymi rękami. Mefistofeles, który chce Fausta przeciągnąć na swoja stronę, zabiera go do czarownicy, która daje mu eliksir młodości, a w lustrze pokazuje niewinną twarz czternastoletniej Małgorzaty, w której Faust namiętnie się zakochuje. Zobaczył więc w lustrze to, czego najbardziej pragnął – szansę powrotu do czasu młodości i radości cielesnego spełnienia z piękną dziewczyną. Ale wszystko ma swoją cenę, spełnianie skrytych i wstydliwych pragnień także, o czym Faust szybko się przekonuje.
W tradycji ludowej lustro było przedmiotem, który należało chronić, aby się nie rozbiło, ale stanowiło ono także okno do innej rzeczywistości. Kiedy umierał ktoś z domowników, wszystkie lustra zasłaniano chustami tak długo, aż ciało zmarłego nie zostało wyprowadzone z domu na cmentarz. Wierzono bowiem w to, że dusza zmarłej osoby może pojawić się w lustrze, a gdyby ktoś wtedy na nie spojrzał, mógł szybko pójść za zmarłym na tamten świat. O tym zwyczaju opowiadała mi moja babcia, która pochodziła z małej wsi koło Nowego Sącza i urodziła się jeszcze pod koniec XIX wieku.
Kto wieczorem przeglądał się w lustrze zwykle w migocącym świetle świecy czy lampy naftowej mógł w nim zobaczyć swoich zmarłych oraz wydarzenia z przeszłości. Wierzono bowiem, że lustra zapamiętywały to co kiedyś widziały, ludzi których już nie było i sytuacje które miały kiedyś miejsce. W sposób nieoczekiwany te obrazy wracały, ku przerażeniu użytkownika lustra i nie mógł on na to nic poradzić.

Lustro było więc przedmiotem bardzo przydatnym do nawiązywania kontaktów z zaświatami , wywoływania duchów i zjaw zmarłych. W baśni o Panu Twardowskim ten alchemik i mag żyjący w czasach króla Zygmunta Augusta w połowie XVI wieku przywołuje na prośbę władcy ducha jego ukochanej Barbary Radziwiłłówny. Posługuje się oczywiście swoim magicznym lustrem, a zjawa zmarłej królowej była rzekomo tak realistyczna, że wzruszony Zygmunt August próbował ją przytulić. Jego uczucie do Barbary było autentyczne, nigdy też nie pogodził się z jej śmiercią i do końca życia nosił po niej żałobę.

Pan Twardowski wzywa ducha Barbary Radziwiłłówny, obraz Wojciecha Gersona,
fot. Wikipedia

Magiczne lustra w baśniach i powieściach miały zdolność przedstawiania naszych pragnień, ale czy współcześnie nie dzieje się coś podobnego? Czy tego samego nie można powiedzieć o lustrach w przymierzalniach sieci odzieżowych w centrach handlowych, gdzie montowane są ich tafle lekko wypukłe, dające efekt wyszczuplenia sylwetki klienta? Do tego dochodzi jeszcze odpowiednie „ciepłe” oświetlenie i łagodna muzyka w tle, a to wszystko składa się na końcowy efekt spełnienia naszego pragnienia o atrakcyjnym wyglądzie i dobrej samoocenie. Następnego dnia w domu przed własnym lustrem następuje zwykle powrót do rzeczywistości.
Współczesne magiczne lustra to także ekrany naszych smartfonów i komputerów. Świetnie uchwycili to zjawisko autorzy serialu „Black Mirror”- Czarne lustro uznanego w 2012 roku za jeden z najlepszych seriali ostatnich lat i wyróżnionego nagrodą Emmy. Czarne lustro to ekran naszego urządzenia przed uruchomieniem i wejściem do sieci. Kiedy przejdziemy przez to okno-lustro do innej rzeczywistości, spotkamy tam ludzi, których możemy obserwować, jak przez lustro weneckie, samemu nie będąc widocznym. Możemy udawać kogoś innego, niż jesteśmy, zaspokajać najróżniejsze skryte pragnienia, a nawet „karmić swoje demony”, doświadczać niezdrowej ekscytacji, oglądając drastyczne sceny przemocy czy gwałtu na bezbronnej ofierze. Taki świat jest uwodzicielski i w pewien sposób diabelski. Serial „Czarne lustro” opowiada w kolejnych odcinkach o zagrożeniach możliwych w niedalekiej przyszłości dla każdego z nas z osobna i dla całego społeczeństwa, a wynikających ze wszechogarniającej ludzi sieci globalnego Internetu. A przecież w 2012 roku jeszcze prawie nikt nie miał pojęcia o możliwościach AI – sztucznej inteligencji.
Świat zmienia się, ale ludzie już nie tak bardzo. Kiedyś ostrzeżenia wobec tych, którzy intensywnie wpatrywali się w lustro, były jasne: jeżeli zbyt długo będziesz w nie patrzył, stracisz poczucie czasu, możesz zachwycić się samym sobą albo ujrzysz w lustrze coś, czego nie chciałbyś tak naprawdę zobaczyć, np. diabła. Jeżeli teraz zamienimy lustro na smartfona, to te ostrzeżenia brzmią nadal dziwnie aktualnie.

Marek Urban