Nauka z Marką

Kursy i korepetycje od 1992 roku. 14 tysięcy uczniów.

Blog: Zanurzeni w historii. Kto nie w kij dmuchał, nie wylewał za kołnierz i pił strzemiennego na uczcie u księcia Radziwiłła…?

Blog: Zanurzeni w historii. Kto nie w kij dmuchał, nie wylewał za kołnierz i pił strzemiennego na uczcie u księcia Radziwiłła…?

W 1789 roku Warszawa tętniła życiem politycznym trwającego od roku Sejmu 4-letniego. Jeszcze nikt tak go nie nazywał, bo nie wiedziano, że będzie obradował aż tak długo i przejdzie do historii z przydomkiem Sejmu Wielkiego.

Do Warszawy przybył wówczas książę Karol Radziwiłł wojewoda wileński, jeden z najbogatszych magnatów Rzeczpospolitej i ludzi w Europie. Wśród wielu siedzib i rezydencji miał też w stolicy okazały pałac przy Krakowskim Przedmieściu nazywany wtedy Pałacem Radziwiłłowskim, a obecnie Pałacem Prezydenckim. Książę postanowił wydać wielki bal i ucztę, gdzie gościem honorowym miał być król Stanisław August Poniatowski.


Karol Stanisław Radziwiłł „Panie kochanku”, fot. wikipedia.pl

Dzień tej wielkiej imprezy nie był przypadkowy, bo na 25 listopada 1789 roku przypadała kolejna rocznicą koronacji króla Poniatowskiego, były to także imieniny carycy Katarzyny. Radziwiłł chciał jednocześnie zyskać sympatię obu władców oraz opinii publicznej w Warszawie, bo na ucztę rozdano aż 4 tysiące zaproszeń.

Relacje księcia Karola Radziwiłła z królem były wcześniej bardzo trudne. Jako zdecydowany przeciwnik jego elekcji w 1764 roku, po koronacji Poniatowskiego dał się namówić ambasadorowi Rosji Repninowi, aby stanąć na czele zawiązanej w 1767 roku antykrólewskiej konfederacji w Radomiu. Rok później zaczęła się wojna domowa wywołana wraz z kolejną antykrólewską konfederacją barską trwającą od 1768 do 1772 roku. Książę Karol Radziwiłł był aktywnym jej uczestnikiem i dążył do detronizacji Stanisława Augusta Poniatowskiego. Kiedy jednak konfederaci barscy przegrali, Radziwiłł udał się na emigrację, ale w 1776 roku zagrożony utratą pozycji i majątku postanawia wrócić do kraju i pogodzić się z królem.

Ten bal miał mu pomóc odzyskać dawne wpływy i sympatie środowisk liberalnych w stolicy, bo na prowincji wciąż był postacią niezwykle popularną i lubianą wśród konserwatywnej szlachty jako obrońca starych sarmackich wartości i dawnego stylu życia.

O tym, jak ta uczta wyglądała, wiemy ze wspomnień jednego z zaproszonych gości, Jana Duklana Ochockiego, wtedy młodego dworzanina króla Poniatowskiego.

Trzy ogromne sale redutowe złączono w jedną amfiladę, w nich stół był tak długi, że z jednego końca na drugi fizjonomii niepodobna było rozpoznać. Cztery obok obszerne sale zastawione były także stołami, w piątym przy okrągłym stole, może czterdzieści łokci obwodu, siedział król, księżna kurlandzka panująca, w dwadzieścia dwie damy z pierwszych domów lub do familii królewskiej należące […]

Gdy dano do stołu, ruszyły się masy ludzi z sal, w których tańcowano i przyległych jadalnych […] Byłem w salonie, w którym król wieczerzał: kolacja zaczęła się od ostryg umyślnie z Hamburga pocztą w kilku bryczkach sprowadzono, i kilkaset półmisków wyjść ich pewne musiało. Z kilku znajomymi z młodzieży przysiedliśmy się nareszcie, obfitość była niezmierna, jednakże [kiedy] jeden znikł, drugi półmisek się rodził, nie naliczy, ile set butelek szampańskiego wina wypito, oprócz tego roznoszono tacami stare w różnych rodzajach.

Na bokowych stołach stały głowy dzicze, udźce całkowite sarnie, zwierzyny, szynki, ryby na zimno…

Na koniec podano deser i w mgnieniu oka znikły wszystkie srebra ze stołu, za lodami wniesiono naczynia deserowe, rozstawiając ich wszędzie niezliczone mnóstwo.

Książę Radziwiłł chadzał po wszystkich salonach, po wszystkich grupach, gdzie jedli i pili, jedną tylko piosenkę powtarzając:

Panie kochanku, nie jecie, nie pijecie, nie łaskawi!

Odpowiadano jednogłośnie:

Zdrowie księcia pana! — i wychylano kielichy […]

Mówiono powszechnie, że ta uczta przeszło dwa miliony złotych kosztowała [obecnie byłoby to ok. 50 mln zł] i bardzo temu wierzyć łatwo, kto ją widział, ostatni to raz podobnie zabawiał się w ten sposób magnat ów litewski, bo wkrótce potem życie zakończył.”

Rzeczywiście, była to ostatnia już z wielkich uczt księcia Karola Radziwiłła, gdyż umarł rok później w 1790 roku, w wieku 56 lat. Mimo dobrego zdrowia w młodości, roztrwonił je i zmarnował w trakcie hulaszczego życia, w ogromnych ilościach wypitego alkoholu, stosach tłustego mięsiwa i różnych słodkości.

Pamiętnikarz Jan Ochocki wspomina, że książę zwracał się do swoich gości Panie kochanku, co było jego charakterystycznym określeniem kierowanym przez niego do wszystkich rozmówców, bez względu na stopień pokrewieństwa, zażyłości, czy pozycji społecznej. Ten zwrot zrósł się na stałe z jego imieniem jako wyróżniający go przydomek — Karol Radziwiłł Panie Kochanku. Jego ojciec, książę Michał Radziwiłł, miał podobny sposób zwracania się do rozmówców, mówił: „Rybeńko” i taki też miał przydomek.

Staropolskie uczty w XVIII wieku, w czasach saskich, miały swój z góry ustalony porządek i ceremoniał. Pisze o tym w swoim „Opisie obyczajów za panowania Augusta III” inny świetny pamiętnikarz tamtej epoki, Jędrzej Kitowicz.


Biesiada szlachecka. XIX-wieczna ilustracja do Pamiętników Jana Chryzostoma Paska. fot wielkahistoria.pl

Gospodarz witał przybyłych gości w progu domu i zapraszał do środka. Kiedy wszyscy znaleźli swoje miejsce przy stole, jeszcze zanim rozpoczęła się właściwa uczta, wnoszono toasty powitalne i pito wzajemnie za swoje zdrowie. Przy toastach należało wstać i wypić całą zawartość kielicha do dna. Zawsze zaczynał gospodarz, który napełniał winem specjalny kielich nazywany wiwatowym, zwyczajowo o pojemności około pół litra, upijał trochę, wznosił toast i przekazywał kielich następnym gościom przy stole. Pito ten pierwszy toast ze wspólnego naczynia.


Kielich wiwatowy z XIX wieku, fot. galeriazak.pl

Potem służba wnosiła kielichy dla poszczególnych osób, zwykłe lub tzw. kulawki, czyli kielichy bez podstawy, czyli stopki.

Picie z kielicha-kulawki wymuszało na gościu wypicie całego trunku do dna, ponieważ nie było jak takiej kulawki odstawić na bok. Niektórzy biesiadnicy po spełnieniu toastu demonstracyjnie rozbijali kielich o podłogę.


Olbrzymia kulawka, Polska, ok. 1800, Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, fot. Z. Reszka

Po licznych toastach i przemowach goście zaczynali konsumować przygotowane dania. Potrawy układano na półmiskach tak, aby cały stół był zastawiony i dawał wrażenie bogactwa i obfitości.

W drugiej części uczty „zabawiano się kielichem”, jak wtedy mówiono, czyli wprost pito na umór. Służyły do tego różnego rodzaju kieliszki, puchary i szklanice. Jednym z nich miał być tzw. kij, czyli wysoki, wąski szklany puchar, do którego nalewano po brzegi trunku — zwykle wina, piwa, ale zdarzało się, że i gorzałki. Jego objętość była różna, zwykle 0,3–0,5 litra płynu. Ten, kto podejmował się wyzwania picia z kija, miał bez nabierania powietrza, jednym haustem wypić cały trunek. Jeżeli pijącemu brakowało już tchu i nabrał powietrza, to bąbelki pojawiały się w szklance i próba nie była zaliczona. Dolewano trunku i należało zacząć od nowa. Jeżeli jednak biesiadnik pijący z kija zrobił to jak należy, za jednym razem, budziło to powszechny podziw i reszta gości mówiła o nim, że „nie w kij dmuchał”, czyli zrobił coś godnego uznania, wyjątkowego.


Kielich fletowy, nazywany też kijem, fot. ikony-antyki.pl

Bawiono się też w taki sposób, że w pewnym momencie biesiady, kiedy humory gościom już bardzo dopisywały, służba wnosiła tzw. „naczynia żartobliwe”. Były to kufle, dzbanki i kielichy wykonane z dmuchanego szkła o bardzo dziwnych kształtach, głównie zwierzęcych, np. zajęcy, niedźwiedzi, psów czy owiec. Wylot naczynia, z którego leciał trunek, był umieszczony w tylnej części takiego szklanego zwierzaka i gość, pijąc z niego, był oblewany trunkiem ku uciesze reszty towarzystwa i wśród różnych żartów i komentarzy. Podobnie było, gdy ktoś pił ze szklanej trąbki, waltorni, strzelby, nie mówiąc już o naczyniu w kształcie fallusa, przeznaczonym dla tych bardzo odważnych lub bardzo pijanych gości.

Butelka w kształcie królika; fot. muza.mobilems.pl

Pod koniec imprezy wszyscy jej uczestnicy byli już zwykle mocno pijani i, jak pisze Kitowicz, często zdarzało się, że część gości leżała nieprzytomna pod stołem, a część w sposób niekontrolowany wymiotowała wprost na siedzących obok biesiadników.

Na ucztach u księcia Radziwiłła bywały i takie sytuacje, że gospodarz, widząc kogoś, kto ociągał się z piciem trunku, podchodził do niego i bezceremonialnie wlewał mu za kołnierz trochę wody lub wina, aby go otrzeźwić. Stąd też miało brać się powiedzenie „nie wylewać za kołnierz”, czyli o kimś chętnym do picia w każdej sytuacji, i kto żadnych dodatkowych środków wspomagających czy dopingu nie potrzebował.

Każdy gospodarz staropolskiej uczty miał za punkt honoru, aby żaden z gości nie wyszedł od niego głodny, ale przede wszystkim trzeźwy. Jeżeli gość jakimś cudem uchronił jasność umysłu po wielu toastach za zdrowie gospodarza, gospodyni, króla jegomości, całej Rzeczpospolitej itp., musiał jeszcze przed odjazdem do domu ceremonialnie pożegnać się z gospodarzem.

Kiedy tylko służba doniosła mu, że jego gość jest gotowy do odjazdu i, jak mówiono, trzyma nogi w strzemionach, a co więcej wygląda na jeszcze w miarę trzeźwego, gospodarz spieszył do niego z butelką i przygotowanym pożegnalnym toastem, tzw. „strzemiennym”.

Barwnie taką scenę opisuje Jędrzej Kitowicz: „Lecz jeżeli był [gość] celem owej ochoty i miano go na oku, goniono za nim, a dogonionego wracano do kompanii albo też przy ostatnim progu, na schodach, na wsiadaniu do karety plac do pijatyki determinowano, tam musiał, rad nierad, wypić zdrowie ochoczo gospodarza, gospodyni, konsolacji i całej kompanii, i jeżeli przez cały czas uczty nie zwalił się z nóg, to na pożegnanie padał już bez zmysłów.”

Namawianie gości do picia i jedzenia przez gospodarza, czasami nawet w natrętny sposób, nazywano „przynuką” i uważano wprost za konieczny przejaw staropolskiej gościnności. Do dzisiaj ten zwyczaj jest kultywowany na Podlasiu w trakcie rodzinnych biesiad i wesel.

Kitowicz pisze też, że gospodarze przyjęcia, namawiając gości do picia, jak to było w zwyczaju, nie zawsze sami chcieli się upijać i tracić kontakt z rzeczywistością.

Gospodarze, którzy z obowiązku ludzkości musieli dotrzymywać kompanii od początku, aż do końca, a nie mieli głowy po temu, pili wodę farbowaną kolorem wina, którą im sprawnie podawali służący, miast wina prawdziwego.”

Czym tłumaczyć taką sarmacką przesadę w sposobie ucztowania, akurat w czasach saskich w XVIII wieku?

Popularne jest powiedzenie: „za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. Te utrwalone w zbiorowej świadomości szlachty obrazy obfitości jedzenia, czas pokoju i cieszenie się życiem były faktem. Ówczesna zamożność polskich szlachciców była bez porównania mniejsza niż w najlepszych czasach złotego XVI wieku, ale jednak przez blisko 50 lat, w okresie od 1717 do 1763 roku, panował względny spokój.

Rzeczpospolita była państwem słabym na arenie międzynarodowej, ale nie prowadziła wojen. Po burzliwym wieku XVII była to wielka zmiana na lepsze. Szlachta odbudowywała swoje folwarki, korzystała z uroków sąsiedzkiego życia, goszcząc się i biesiadując bez umiaru przy okazji wesel, pogrzebów, sejmików i kuligów.

Wspólnota stołu, jaka wytwarzała się między ludźmi w trakcie uczty, była też bardzo ważną przestrzenią demonstracji swojej pozycji społecznej i prestiżu, zgodnie ze szlacheckim powiedzeniem: „zastaw się, a postaw się”. Nawet jeżeli nie masz na to pieniędzy, pożycz je, bo uczta ma być okazała i długo wspominana przez zaproszonych gości.

W 1784 roku książę Karol Radziwiłł Panie Kochanku popisał się szerokim gestem, gdy zaprosił króla Stanisława Augusta Poniatowskiego wraz z całym jego dworem do swojej rezydencji w Nieświeżu na Litwie. Uczty i bale dla tysięcy gości z otoczenia króla i księcia trwały kilka dni i kosztowały fortunę, nawet jak dla tak bogatego magnata.

W tym samym mniej więcej czasie Józef Stempkowski, wojewoda kijowski, próbował dorównać Radziwiłłowi i także zaprosił króla do siebie do pałacu w Łabuniu na Ukrainie, najpierw w 1781 roku i potem jeszcze raz w roku 1787. Gospodarz zadłużył się przy tej okazji tak potężnie, że musiał uciek przed wierzycielami do Warszawy, a jego pałac z luksusowym wyposażeniem został w 1792 roku rozgrabiony i rozebrany przez miejscową ludność.

W czasach saskich, zwłaszcza za rządów Augusta III (1733–63), prawie wszystkie sejmy zostały zerwane. Faktyczna władza polityczna i decyzje przeszły w ręce dwóch rywalizujących ze sobą stronnictw magnackich kierowanych przez Potockich i Czartoryskich.

Dla pozyskania głosów wyborców, tzw. kresek, magnaci uciekali się do różnych form korupcji politycznej. Jednym ze sposobów pozyskiwania sympatii wśród szlacheckiej braci były finansowane przez magnatów huczne uczty, gdzie zwłaszcza biedniejsza szlachta mogła za darmo i bez umiaru jeść, pić, i co ważne — zasiąść do wspólnego stołu z magnatem, takim jak sam książę Karol Radziwiłł. Niezwykle ważnym sposobem zwracania się tego wielkiego magnata do biedniejszego szlachcica było, dla podkreślenia łączącej ich bliskości, zwracanie się doń — „Panie kochanku”. Po powrocie do domu taki szlachcic długo tę ucztę wspominał i opowiadał, że rozmawiał z samym księciem jak równy z równym.

Książę Radziwiłł w pijanym amoku był nieobliczalny, o czym pisze Jędrzej Kitowicz.

Prócz takiej rozpusty drugą zabawą jego pijaństwa były żarty bolące z tego i owego konfidenta. Skropić kijem z tyłu nieznacznie, pijącemu przybić kielich do gęby aż do zachłyśnięcia, nalać z tyłu za kołnierz wina leniwo pijącemu, dwóm rozmawiającym z sobą z bliska zetknąć głowy silnie aż do wytryśnięcia guzów na czołach, wyrządzać figle sztuczne z obrazą wstydu białej płci — to była najmilsza zabawa Radziwiłła, z trudno kto z jego kompanii wyszedł bez podobnej wyżej wyrażanym obrywki.

Ale że tak był szczodry w podarunki, jak był obfity w psoty, nikt aż nadto się nie skarżył. „

Książe rekompensował ofiarom swoich żartów te różne przykrości przez siebie czynione cennymi prezentami. Po uczcie rozdawał konie z rzędami, pasy bogate, pałasze, pistolety, zegarki, tabakierki a nawet dawał w dzierżawę na korzystnych warunkach całe wsie.


Aleksander Orłowski „Uczta u Radziwiłłów”, fot. wikipedia.pl

Magnaci zapraszali na uczty lokalnych liderów szlacheckiej społeczności, aby ich pozyskać dla siebie i oddziaływać przez nich na głosującą szlachtę na sejmikach i trybunałach. Ten aspekt życia społecznego dobrze pokazał Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”, w relacji między stolnikiem Horeszką a młodym szlachcicem Jackiem Soplicą.

Stolnik gości Jacka u siebie na zamku, daje mu liczne dowody uznania i sympatii za to, że ten robi dla niego „czarną robotę” na sejmikach, trybunałach i agituje miejscową szlachtę na jego rzecz. Jednak kiedy Jacek Soplica poprosił stolnika o rękę jego córki Ewy, ten podał mu „czarną polewkę” na znak, że nie zgadza się na to małżeństwo. Jacek Soplica był przecież tylko zwykłym szlachcicem, gdy Ewa Horeszkówna należała do rodziny magnackiej. Adam Mickiewicz wspominał, że pierwowzorem dla postaci stolnika Horeszki był dla niego właśnie książę Karol Radziwiłł Panie Kochanku.

Literacką postać stolnika i historyczną księcia Karola Radziwiłła łączy niewątpliwie pewien tragizm losu. Stolnik Horeszko stracił życie w obronie swojego zamku, a jego ukochana córka Ewa wraz z mężem trafiła na Syberię. Książę Karol, jeden z najbogatszych ludzi w Europie, nie znalazł szczęścia ani w życiu, ani w miłości. Szybko rozpadło się jego małżeństwo, nie miał dzieci, a ogromny majątek przekazał w spadku swojemu bratankowi, Dominikowi Radziwiłłowi. Umarł w swoim pałacu w Białej Podlaskiej, rozgoryczony i zmęczony życiem. To, co po sobie zostawił jako materialny dorobek życia nie okazało się trwałe. Pozostał jednak w pamięci potomnych jako bohater barwnych anegdot i opowieści z czasów szlacheckich, wspominany po latach z dużym sentymentem i nostalgią.

Marek Urban