Najsłynniejszą kwestię w polskiej literaturze, w której pojawia się tego rodzaju zapewnienie, wypowiada w „Zemście” Aleksandra Fredry Cześnik Raptusiewicz do swojego adwersarza Rejenta Milczka, gdy ten niespodziewanie pojawia się w jego domu:
„Nie wódź mnie na pokuszenie,
Ojców moich wielki Boże,
Wszak gdy wstąpił w moje progi,
Włos mu z głowy spaść nie może.”
Mimo zadawnionego konfliktu o zamek Rejent i Cześnik odkładają na bok szable i zaczynają ze sobą rozmawiać.

Pojednanie Rejenta i Cześnika, fot. kadr z filmu „Zemsta”
W dawnych czasach, kiedy komuś włos spadał z głowy, działo się tak nie tylko dlatego, że korzystał z usług golibrody, ale mógł też dostać się w ręce kata. Ten zaś miał zwyczaj skracania włosów skazańcowi przed egzekucją, aby odsłonić jego szyję. Łatwiej było mu wtedy uderzyć w nią toporem lub mieczem. Ten, kto ginął na szafocie od katowskiego topora, i tak był w lepszej sytuacji niż ci skazańcy, których pozbawiano życia na szubienicy, czy na stosie.
W hierarchicznym ze swej natury społeczeństwie feudalnym elity rządzące mocno akcentowały swoją uprzywilejowaną pozycję nie tylko za życia, ale i w chwili śmierci poddanego. Kary dzielono na honorowe i hańbiące. Aby nie poniżyć szlachcica podczas egzekucji, nie wolno go było torturować, a wyrok można było wykonać tylko przez ścięcie. Zwykłych plebejuszy, ludzi niskiego stanu, wieszano na szubienicy, a wcześniej zwykle też poddawano torturom w śledztwie i przed egzekucją.
W pamięci zbiorowej szlachty Rzeczpospolitej długo pamiętano przypadek polskiego szlachcica Michała Piekarskiego, który 15 listopada 1620 roku w Warszawie rzucił się z czekanem w ręku na króla Zygmunta III Wazę, aby go zabić. Uderzył króla w plecy i w głowę, udało się go jednak obezwładnić. Król przeżył, natomiast Piekarskiego przed egzekucją poddano okrutnym torturom, by wyjaśnić, czy działał w spisku, czy w pojedynkę.
Piekarski okazał się człowiekiem chorym psychicznie, a zeznania, jakie składał w trakcie przesłuchania, były tak niespójne i dziwne, że mówiono później, że ktoś plecie jak Piekarski na mękach, czyli bez większego sensu.
Jednak tortury, jakim poddano Piekarskiego, który był szlachcicem, traktowano jako wyjątek od zasady, że ludzi tego stanu chroni specjalny immunitet, czym różnią się od plebejuszy.
Taka ochrona prawna szlachcica i jego rodziny przed torturami i karami hańbiącymi tłumaczy, dlaczego w Rzeczpospolitej XVII i XVIII wieku ofiarami procesów o czary, szacowanymi na około dwa tysiące osób, były w głównej mierze kobiety z ludu. Inkwizytorzy nie mogli w ten sposób wymuszać zeznań na szlachciankach i trafiały one na stos tylko w wyjątkowych sytuacjach.
Los prostych ludzi skazanych na śmierć był tragiczny, bo ginęli zwykle powieszeni na szubienicy, ale gorsze od śmierci były kary hańbiące poprzedzające egzekucję.
Kat zadawał skazańcowi ból i cierpienie na wiele sposobów. Łamał kości rąk i nóg, przypalał ciało rozżarzonym żelazem, obcinał nos i uszy, a w skrajnej formie obdzierał ze skóry i ćwiartował za życia. Na takie męczarnie skazano między innymi kozaka Iwana Gontę, współodpowiedzialnego za mord polskiej szlachty, kleru i Żydów w Humaniu w 1768 roku.
Kat w trakcie przesłuchiwania skazańca miał do dyspozycji cały zestaw narzędzi tortur. Stąd też wzięło się powiedzenie „przykręcić komuś śrubę”, co dziś znaczy zwiększyć komuś obowiązki i ciężary. Kat bowiem wkładał kończynę skazańca w rodzaj imadła i dokręcał śrubę, zwiększając w ten sposób ból skazańca.
Publiczne egzekucje połączone z torturami miały działać wychowawczo i odstraszająco na widzów takich scen. Filozofowie Oświecenia w XVIII wieku potępiali takie praktyki, tak samo jak procesy o czary. Ich zdaniem te działania nikogo nie sprowadzały na dobrą drogę i nie uczyły zasad moralności, wręcz przeciwnie – oswajały ludzi z okrucieństwem i znieczulały na cierpienia innych.
Idea humanitarnego kodeksu karnego bardzo powoli trafiała do przekonania władców. Dopiero w drugiej połowie XVIII wieku powszechne w Europie stały się tak zwane „domy poprawy”, czyli zamknięte zakłady pracy – manufaktury, do których trafiali włóczędzy, bezrobotni, osoby chore psychicznie i drobni przestępcy. Był to krok w kierunku stworzenia w XIX wieku publicznego systemu penitencjarnego kontrolowanego przez państwo.
Zamiast więźnia kaleczyć czy zabijać, kierowano go do pracy z nadzieją na resocjalizację. Wcześniej takich możliwości nie było, co w pewien sposób tłumaczy surowość prawa karnego w poprzednich stuleciach.
Te pozytywne zmiany dotarły też do Rzeczpospolitej. W 1776 roku sejm podjął ważną decyzję o zakazie stosowania kary śmierci i tortur w procesach o czary, a kilka lat wcześniej, w roku 1767, z inicjatywy marszałka wielkiego koronnego Stanisława Lubomirskiego powstało w Warszawie pierwsze państwowe więzienie. Budynek mieścił 65 skazanych, którzy w ramach resocjalizacji musieli pracować, ale mieli prawo do widzeń, pisania listów i znośne warunki życia.
Elementem tych humanitarnych zmian w kodeksie karnym w XVIII wieku we Francji był pomysł lekarza Josepha Guillotina, aby wszystkich skazańców traktować w majestacie śmierci w ten sam sposób, niezależnie od ich pochodzenia stanowego. Wyrok miał być wykonywany z użyciem maszyny tak skonstruowanej i szybkiej w działaniu, aby oszczędzić skazańcowi dodatkowych cierpień. Kiedy ostatecznie ten pomysł wprowadzono w czyn, nowe urządzenie do zabijania nazwano na cześć pomysłodawcy – gilotyną. Jej projekt przygotował inny francuski lekarz, Antoine Louis, a pierwszą gilotynę zbudował producent instrumentów muzycznych Tobias Schmidt.

Gilotyna, fot. frwiki.wiki
Gilotyna miała swoją premierę w kwietniu 1792 roku i działała z największym natężeniem w trakcie Rewolucji Francuskiej do 1795 roku. Przy jej użyciu pozbawiono życia w tym czasie 17 tysięcy osób, w tym w samym Paryżu około 2 tysiące osób. Prawie wszyscy paryscy skazańcy żegnali się z tym światem w towarzystwie najsłynniejszego kata w historii Francji – Charlesa Henriego Sansona, prawdziwego mistrza w swoim fachu. Zawsze elegancko ubrany, opanowany i grzeczny wobec skazańców, odesłał na tamten świat zarówno parę królewską – Ludwika XVI i Marię Antoninę – jak i przywódców rewolucji, którzy doprowadzili do do ich aresztowania i skazania – Dantona i Robespierre’a.

Charles Henri Sanson (1739-1806), fot. histmag.org
Kat Sanson uczył się tajników zawodu od swego ojca, a potem sam przygotowywał do tej pracy swoich synów. Jego profesjonalizm w połączeniu z szybkością działania gilotyny dał pewnego dnia niezwykły efekt. W ciągu 24 minut udało mu się pozbawić życia 54 skazańców. Było to jak memento dla czasów, które dopiero nadejdą. Wszystko będzie wtedy działało szybciej i wydajniej, także zabijanie ludzi.
Wasilij Błochin (1894–1955), funkcjonariusz radzieckiego aparatu bezpieczeństwa państwowego w stopniu generała-majora, w strukturach NKWD osobiście rozstrzelał z pistoletu strzałem w tył głowy co najmniej 15 tysięcy skazanych, w tym polskich oficerów w Katyniu i Twerze. Był nie tylko pozbawionym emocji, wyzutym z sumienia egzekutorem – państwowym katem, ale w swoim mniemaniu także profesjonalistą i innowatorem. Otóż zaproponował pewne modyfikacje uzbrojenia i usprawnienia, między innymi zastąpienie rewolweru Nagant, który szybko się nagrzewał, lepszym jego zdaniem, pistoletem Walther PPK produkcji niemieckiej.

Wasilij Błochin (1894-1955), fot. Wikipedia
Chciał też, aby wszyscy jego pomocnicy, tak samo jak on, zakładali w trakcie egzekucji skórzane fartuchy i gumowe buty takie, jakie nosili pracownicy rzeźni, żeby mundury funkcjonariuszy NKWD pozostały czyste i schludne. Odznaczony wysokimi orderami państwowymi, Błochin spoczął w 1955 roku w grobie Alei Zasłużonych na Cmentarzu Dońskim w Moskwie.
Marek Urban